Przyszły proste Iwany
Od Rosjan nigdy nie usłyszeliśmy słowa "przepraszam", zauważa Tadeusz Wasąg, wilniuk, w czasie wojny żołnierz Armii Krajowej, ps. "Kolejarz". - Niedawno jeden z oficerów radzieckich słysząc podobne uwagi oburzył się: "a za co przepraszać?" Denerwowały go informacje, że w Polsce od
paru lat demontowane są pomniki wystawione w poprzednim systemie na pamiątkę "oswobożdżenia".
Przyszły proste Iwany
Żony oficerów radzieckich, które w kawiarniach i restauracjach pokazywały się w "zdobycznych", koronkowych koszulach nocnych, biorąc je za wieczorowe suknie, były jednym z symboli września 1939r. na wschodzie Polski. Takie właśnie obrazki zapamiętali wilniucy z dni, kiedy Armia Czerwona przyłączyła się do inwazji III Rzeszy na Polskę i zajęła wschodnie kresy Rzeczpospolitej. Obaj agresorzy urządzili w Brześciu wspólną defiladę, aby uczcić zwycięstwo.
- Niemcy przyszli jako ci, którzy zamierzają podbić kraj, zagarnąć, od początku tego nie ukrywali - wskazuje różnice między najeźdźcami Bolesław Pawłowski, żołnierz AK ps. "Lanca". - Rosjanie natomiast mówili najpierw, że przyszli oswobodzić nas od faszystów, a potem od polskich panów. Szbko okazywało się, co to znaczy naprawdę.
Obsesja zegarków
17 września 1939, kiedy Armia Czerwona w myśl paktu Ribbentrop-Mołotow, zawartego niespełna miesiąc wcześniej między III Rzeszą, a ZSRR wkraczała do Polski, był ciepły, choć pochmurny dzień. Rankiem ludność jeszcze nie wiedziała, że rząd definitywnie opuścił kraj przez most graniczny na Czeremoszu, a Naczelne Dowództwo wydało rozkaz: z bolszewikami nie walczyć. Kilka dni później, kiedy Rosjanie wkraczali do Wilna, na rogatkach przypatrywała im się grupka ciekawskich wywabionych z domów dudnieniem ciężkich wozów. Armia regularna prezentowała się nieźle, zwłaszcza oficerowie spoglądający na gapiów z wysokości czołgów. Gorzej, biednie i brudno, wyglądało wojsko z mobilizacji, uzbrojone w karabiny na sznurkach, ubrane w podarte mundury i brudne owijacze. Jedni i drudzy wierzyli, że pełnią misję, że ich zadaniem jest niesienie ludom całego świata pokoju i sprawiedliwości. Tak przynajmniej słyszeli od komisarzy politycznych, których spora liczba w armii stała na straży morale krasnoarmiejców. Komisarzy wspomagało NKWD wiernie podążające za armią, likwidując skutecznie i ostatecznie objawy każdego nieprawomyślnego zachowania.
W zajętym Wilnie życie pozornie toczyło się normalnie, gdyby nie liczyć grabieży i pierwszych wypadków "znikania" inteligencji, czy bogatszych obywateli wywożonych w nieznane ciężarówkami o wysokich burtach. Pozostałych mieszkańców Rosjanie sprawdzali na ulicach, oglądali dokumenty i dłonie: tylko spracowane "robotnicze" i "chłopskie" nie budziły podejrzeń.
- Oni byli tak wychowani przez politruków, że każdą romowę zaczynali od sformułowania "u nas wsio jest", tak mieli zakodowane. W zdecydowanej większości, to były takie proste Iwany, jak mówiliśmy - wspomina Wasąg. - Widać było, że Polska to dla nich pierwsze zetknięcie z bogatym krajem. Najbardziej imponowały im zegarki. Im większy, tym lepiej, to znaczyło, że nosi go znaczniejsza osoba.
Rosjanie wyszli z Wilna przekazując je zgodnie z obietnicą Litwie. Małe państwo nie zdążyło jednak nacieszyć się ani nowym pięknym miastem, ani wolnością. Wkrótce cały kraj został włączony do ZSRR, jako kolejna republika. Tak stanowił nowy traktat, podpisany między ZSRR a Niemcami pod koniec września. Dzięki niemu uratowana została, przynajmniej na jakiś czas, rodzina Bolesława Pawłowskiego.
Do więzienia w dzień zwycięstwa
Pawłowskich wojna zastała w Zarębach Kościelnych, gdzie przyjechali z Małkini. To właśnie tam przebiegła wkrótce niemiecko-sowiecka granica, jaką w tajnym układzie Ribbentrop-Mołotow wymyślili sobie dwaj najeźdźcy. Treść paktu stała się jawna, gdy Niemcy okupujący tamte tereny już kilka dni, nagle się wycofali. Na ulicach rozległ się język rosyjski. Wśród ludzi wybuchła panika, bo wielu z nich pamiętało koszmary roku 1920r. - wojny polsko-bolszewickiej.
- Rosjanie przyszli do nas z uśmiechem na ustach, zdziwieni brakiem radości wśród czekających ludzi. Byli pewni, że wszyscy cieszą się na ich przyjście - wspomina Pawłowski. - Od razu stworzyli milicję, nazwali ją raboczaja gwardia. Zaczęły się aresztowania inteligencji, oficerów, policjantów, leśników, werbowanie konfidentów.
Zaczęły się też wywózki. Rodzina Pawłowskich była na liście, ale właśnie Niemcy i Rosjanie ustalili, że każdy, kto mieszkał wcześniej na terytorium włączonym do III Rzeszy może wrócić do domu. Trochę trwało, zanim wrócili. Przeżyli jeszcze 1 Maja, który najeźdcy uczcili w ten sposób, że przywieźli jabłka zrabowane z okolicznych sadów i rozdali dzieciom. Przeżyli też referendum, które miało udowodnić, że tamtejsze tereny to rdzenna Białoruś, a jej mieszkańcy marzą tylko o przyłączeniu jej do ZSRR. Znakiem tego miały być wybory nowych miejscowych władz. Sfałszowane wyniki jednoznacznie przesądziły o wygranej najeźdźcy. Każdy, kto głosował, a musieli wszyscy dorośli, stawał się automatycznie obywatelem ZSRR. Na szczęście wtedy okazało się, że Pawłowscy mogą wyjechać.
Po pięciu latach znowu na ulicach zobaczyli Rosjan. W dzień, kiedy Europa świętowała, zwycięstwo nad hitlerowskimi Niemcami, 8 maja 1945r., ojciec Bolesława został aresztowany. Postawiono mu zarzut zdrady ojczyzny radzieckiej, bo "walczył w AK, które podlegała zwierzchnictwu rządu londyńskiego". To nie był czas logicznych argumentów. Spędził dziesięć lat w workuckich łagrach.
Drogowskaz donikąd
W Częstochowie ludzie z ulicznych głośników dowiedzieli się o wejściu w granice Polski sowieckiej armii. Głośniki rozstawione jeszcze przed wojną przez Ligę Ochrony Powietrza, wykorzystywali Niemcy do nadawania swoich komunikatów. 17 września skrzętnie wymienili wszystkie miejscowości zajęte przez Rosjan. Polacy z początku nie wierzyli, przecież Niemcy wcześniej kłamali, że padła Warszawa. BBC jednak potwierdziło informacje.
- Dokładnie w tym dniu, aby zrobić Niemcom na złość, przestawiliśmy drogowskaz, który informował, jak dojechać do centrum Częstochowy - wspomina Longin Hoffman, późniejszy żołnierz AK ps. "Sawa". - Zamiast do centrum, kolumna pancerna pojechała drogą, która prowadziła donikąd, bo most, jaki był jej przedłużeniem, został wysadzony. I cała kolumna utknęła na nasypie. Potem jeszcze wywrócililśmy beczki z olejem na dworcu, zalewając perony i tory. Wróciliśmy do domów w dobrych humorach. Dopiero po południu usłyszeliśmy komunikaty o inwazji rosyjskiej. A potem uciekinierzy z Wilkopolski, Pomorza, którzy kolumnami od początku września ciągnęli na wschód, zaczęli wracać z powrotem. Rosjanie odcięli drogi do granicy z Rumunią i Węgrami.
Hoffman zobaczył Rosjan dopiero kilka lat później. Wchodzili do mieszkań, wybierali sobie, co chcieli. Zabierali nawet pościel, firanki, ubrania. I gwałcili kobiety.
Z fabryk wywozili części, jak nie mogli wyciągnąć potężnego kotła, rozbijali ścianę, jak coś nie mieściło się na transport, zostawało na miejscu, rozbite. Mówili, że niszczą, bo to poniemieckie.
- A przecież przyszli jako wyzwoliciele - zauważa Hoffman.
- Ale dalej kłamali, że nas wyzwalają - mówi Pawłowski.
- W latach siedemdziesiątych, w czasie mojego pobytu w ZSRR, zaprzyjaźniony oficer radziecki, lotnik zapytał, czy lepiej było w Polsce przed wojną, czy dziś – wspomina Wasąg. – Przewrotnie odpowiedziałem, że dziś. Kłamiesz, ripostował. Jako młody żołnierz brałem udział w inwazji na twój kraj. Tam było bardzo dobrze. Niczym nie można usprawiedliwić agresji Związku Radzieckiego. Tak mówił.
*
Armia radziecka, która weszła do Polski 60 lat temu, opuściła ją dopiero w 1993r. Niedawno światowe media opublikowały oświadczenie rządu rosyjskiego, który stwierdził, że nie widzi powodu, aby przepraszać za zaatakowanie Polski 17 września 1939r. Postawienie równości między agresją Rzeszy Niemieckiej, a ZSRR, rosyjcy politycy zgodnie uznali za nieporozumienie.


Materiały 
