Śledczy byli nienaganni
Za założenie podziemnej organizacji młodzieżowej Bogumił Chojecki został skazany na 15 lat pozbawienia wolności i pracę w kamieniołomach. Jego siostrę Marię przesłuchujący UB-ek tak mocno uderzył w twarz, że złamał jej szczękę. Ich koledze, Wiesławowi
Dąbrowieckiemu, od ciosu w skroń "coś pękło w głowie". Był rok 1953.
Śledczy byli nienaganni
Pod koniec lat 40-tych, wbrew oficjalnej propagandzie, nie wszyscy rolnicy wyrażali zachwyt nad ideą kolektywizacji wsi. Jednym z tych, którzy głośno mówili, co sądzą na ten temat, był Czesław Chojecki spod Kamienia Pomorskiego. Za "wrogą działalność polityczną na odcinku socjalizacji wsi" został skazany na kilka lat więzienia. "I wtedy jego brat zaprzysiągł zemstę w stosunku do władzy ludowej" - stwierdzili przedstawiciele organów bezpieczeństwa publicznego, które w 1952r. zlikwidowały Związek Rewolucyjnej Młodzieży Polskiej, organizację założoną przez Bogumiła Chojeckiego.
ZRMP nie był jedyną organizacją podziemną działającą wtedy na Pomorzu. Przez kilka lat istniały tu Polska Organizacja Wojskowa BOA, Europejska Armia Podziemna, Organizacja Młodzieżowa w Dębnie Lubuskim, czy Tajna Organizacja Podziemna w Mielnie. Związek Chojeckiego wydał jeden z chłopaków, którego tata był współpracownikiem UB.
Tylko mnie znieważyli
- Polska jest podporządkowana ZSRR, wszelkie poczynania są wykonywane w myśl dyrektyw Moskwy - powiedział Bogumił podczas pierwszego spotkania związku, na które przyszło kilka niespełna dwudziestoletnich osób. "Działalność organizacji skierowana była na usiłowanie obalenia przemocą ustroju Ludowo-Demokratycznego Państwa Polskiego" - oceniła później poczynania Związku UB.
Młodzież zaczęła od przysięgi na wierność organizacji i druku ulotek. Teresa Wita, dziewczyna, która przepisywała ulotki, przesiedziała za to sześć lat w więzieniu. Po wyjściu cieszyła się, że nikt jej nie bił, że skończyło się tylko na "znieważaniu słownym".
Ulotki odbili na powielaczu w PZGS-ie - wszystkiego 500 sztuk. Część Chojecki porozwieszał w Kutnie, gdzie czekał na pociąg. Ulotki pojawiły się też w Szczecinie. Aby uniknąć identyfikacji podpisywali je różnie: Narodowy Front Młodzieży Polskiej, Naczelne Dowództwo Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.
- Oskarżam o nawoływanie do czynów skierowanych przeciwko jedności sojuszniczej Państwa Polskiego ze Związkiem Radzieckim, przez sporządzanie i rozpowszechnianie ulotek o treści skierowanej przeciwko Związkowi Radzieckiemu - powiedział w styczniu 1953r., podczas procesu członków organizacji, prokurator Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Szczecinie Zdzisław Piekarski.
Kamieniołomy i kopalnie
ZRMP zaplanował napady na posterunki UB i MO. Ostatecznie do tego nie doszło, gdyż konspiratorzy mieli rozbieżne zdania co do sposobu przeprowadzenia akcji. Parę razy chcieli też napaść na samotnie spacerujących milicjantów i zabrać im broń. Nie mieli szczęścia - w dniach, w których planowali akcję, na rogatkach miasta, przy których czekali, nie pojawił się żaden milicjant.
Jedyną akcją, która częściowo się udała, było spalenie kilku pomieszczeń Komitetu Powiatowego PZPR. Spalić cały gmach Chojecki postanowił jeszcze przed odejściem do wojska. On i jeszcze kilku chłopaków weszli przez okna do środka, oblali meble benzyną i podpalili. Było to 10 listopada 1950r. Dzięki szybkiej interwencji pracowników komitetu i Straży Pożarnej straty były niewielkie.
Z czasem organizacja zdobyła nagan i zmieniła nazwę na Organ Młodej Polski.
Aresztowania członków OMP zaczęły się pod koniec 1952r. Wyroków od 6-10 lat więzienia dla szeregowych członków żądał prokurator Kazimierz Golczewski. - Za to, że usiłowali siłą zmienić ustrój Państwa Polskiego - uzasadniał.
Najwyższy, bo 15 lat więzienia, dostał Bogumił Chojecki. Karę odbył pracując w kamieniołomach. Od momentu, kiedy wyszedł na wolność, wszędzie towarzyszył mu "cień". Po latach lekarze stwierdzili u niego powięzienny zespół psychoorganiczny, chorobę Burgera, rozedmę płuc i miażdżycę.
Jego siostrę Marię, pobitą potem w czasie przesłuchań, funkcjonariusze UB zabrali z domu bez ciepłej odzieży, w jedwabnej sukience. Na powitanie trafiła do karceru, gdzie skuto jej ręce z tyłu. Karcer był tak mały, że mogła tylko stać. Stała więc wiele godzin, po kostki w wodzie. "W nagrodę za wytrwałość" strażniczki zaprowadziły Marię do kapieli. Po gorącym prysznicu, ubranej znów tylko w jedwabną sukienkę, kazały przejść się po więziennym spacerniaku. Cudem nie umarła na zapalenie płuc.
Niektórzy z zatrzymanych chłopców wyroki odpracowali w kopalniach węgla kamiennego. Nie skarżyli się na zbyt okrutne traktowanie w czasie śledztwa i w więzieniach. UB-ecy najgorzej obeszli się z Wiesławem Dąbrowieckim. W czasie aresztowania miał 18 lat.
Powtórka z metod SS
- Przesłuchiwało mnie kilku nienagannie ubranych, po cywilnemu lub wojskowemu, śledczych - wspominał Dąbrowiecki po latach. - Byli wulgarni, ale sami nie bili. Do bicia wzywali "Jurka".
"Jurek" był atletycznie zbudowany i lubił dobrze wyglądać. Wezwany pojawił się elegancko ubrany, w długi, brązowy skórzany płaszcz z podniesionym kołnierzem.
- Chwilę po tym, jak wszedł, sprawił mi łaźnię - mówił Dąbrowiecki. - Ciosem w lewą skroń zwalił mnie na ziemię. Poczułem, że coś pęka mi w głowie. Potem bił po całym ciele, ale głównie po głowie i twarzy, po nerkach. Jak się przewracałem, stawiał mnie na nogi, walił, kopał. W efekcie miałem wybite zęby, złamany nos i trwałe uszkodzenie lewego ucha. Po latach okazało się, że uszkodzone są też nerki. Musiałem przejść cztery operacje.
Dąbrowieckiego w podobny sposób przesłuchiwano wielokrotnie. Zawsze w nocy. Zawsze na początek musiał robić sto przysiadów, a potem "nie dać" się kilku oficerom biorącym go w krzyżowy ogień pytań. Zawsze padały jedno po drugim. Jeśli nie zdążył odpowiedzieć choć na jedno, dostawał cios.
- Na 40 metrach kwadratowych w celi było nas około 50 osób - pamiętał Dąbrowiecki. - Załatwić się można było tylko przy wynoszeniu wiadra, czyli rano i wieczorem. Za byle co wsadzano do karcerów. Znajdowały się w piwnicach, obok pomieszczeń, w których wykonywano wyroki śmierci. Bardzo się bałem schodzić po tych schodach do piwnicy.
Po pobycie na ul. Kaszubskiej w Szczecinie Dąbrowiecki, wraz z innymi więźniami politycznymi, został odtransportowany do zakładu karnego we Wronkach.
- Po przyjeździe, a był to październik, kazano nam się rozebrać do naga, uklęknąć przy naszych rzeczach i czekać - mówił. - To trwało bardzo długo. Potem zaczęli nas gonić kopniakami. Jeden ze strażników z całej siły kopnął mnie w kość ogonową. Siadłem z bólu na ziemi i nie mogłem się ruszyć.
Wronki to było spanie na mokrym betonie, kasza pomieszana ze śmierdzącymi dorszami podawana dwa razy dziennie, okna bez szyb.
Kolejny przystanek - poniemiecki obóz w Potulicach -kojarzył się z pędzeniem więźniów pomiędzy uzbrojonymi żołnierzami Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego z wilczurami na smyczy, druty kolczaste i wartownicy w wieżyczkach z bronią maszynową.
Spokojniej było w innym obozie - w Nakle. Ale tam trafiało się do karceru za zbyt głośne puszczenie wody.
W obozie w Jaworznie, aby dostać dzienną rację chleba, więzień musiał wykonać normę - przeładować 23 tony wyrobów z betonu. Dąbrowiecki pamięta tylko, że bardzo wtedy krwawiły mu palce.
Kiedy w końcu wyszedł na wolność, nie było mowy, aby znalazł pracę. Zlitował się nad nim dyrektor jednego z PGR-ów. Były więzień mógł wreszcie zarabiać na utrzymanie - czyszczeniem chlewni.
Za co ja siedziałem?
Członkowie Związku Rewolucyjnej Młodzieży Polskiej vel Organu Młodej Polski byli bici i siedzieli w więzieniach "za przynależność do nielegalnej organizacji". Za co został wówczas skatowany Marian Rzepowski z Koszalina, nie wiadomo do dziś.
Rzepowski pracował w jednym z koszalińskich zakładów pracy. Pewnego dnia podszedl do niego kolega o którym szeptano, że "współpracuje". Powiedział, że Rzepowski powinien zgłosić się "tam". To nie były czasy, kiedy można było taką propozycję rozważać. Rzepowski ruszył niezwłocznie do Urzędu Bezpieczeństwa.
- Wszedłem do pokoju, w którym był tylko stół i spora szafa - opowiadał. - Przesłuchujący mnie podszedł do niej i otworzył drzwiczki na oścież. Na półkach leżały gumowe pałki, szpicruty, sprężyny z kulą na końcu. Weszło kilku mężczyzn. Kazali mi się położyć na stole.
Bili do nieprzytomności. Ani w trakcie, ani po egzekucji nie powiedzieli Rzepowskiemu, jaki jest powód zatrzymania. Wrzucili go do celi.
- Nie mogłem leżeć z bólu - wspominał. - Przez całą noc opierałem się na łokciach i kolanach.
Na drugi dzień kazano mu iść do pracy i nigdy nie wspominać ani gdzie był, ani co się z nim działo. Odważył się złamać zakaz dopiero po kilkudziesięciu latach.


Materiały 
