Pod ścianą
Kiedy pierwszy raz nieoznakowane samochody rządowe wiozły opozycjonistów do Magdalenki, na spotkanie poprzedzające obrady Okrągłego Stołu, przed nimi jechał spokojnie pogrzeb, którego w żaden sposób nie można było ominąć. Edward Radziewicz, lider strajkujących
portowców, a wtedy pasażer jednego z samochodów zastanowił się, czy nie jest to zły znak. Kolejne miesiące pokazały, że interpretacji symboliki pogrzebu może być jednak wiele.
Pierwszy raz o Okrągłym Stole ludzie usłyszeli pod koniec strajków, w sierpniu 1988 r. To określenie padło podczas rozmowy Lecha Wałęsy z gen Czesławem Kiszczakiem, szefem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Czy ufaliśmy wtedy władzy? – stawia retoryczne pytanie Andrzej Milczanowski, lider opozycji na Pomorzu Zachodnim, uczestnik obrad przy podstoliku prawnym. – Wiedzieliśmy, że nie możemy dać się oszukać.
Załamanie
1988 r. to wiosenna i letnia fala strajków, która tak naprawdę interesowała, poza strajkującymi, niewielu Polaków.
- Kto uczestniczył w strajku w 1988 r. widział, jak z dnia na dzień wszystko się załamywało – mówi Radziewicz. - Przecież szczeciński port był ostatnim zakładem w Polsce, który przerwał protest. Po strajku wychodziliśmy praktycznie z niczym. Ale nie było sensu, aby to dalej ciągnąć.
- Nie wierzyłem, w dobre intencje władzy – przyznaje Artur Balazs, lider rolników indywidualnych na Pomorzu Zachodnim, uczestnik obrad przy podstoliku rolniczym. – Wiedziałem, że jeśli na władzy niczego się nie wymusi, to nic się nie stanie. Gdyby przy Okrągłym Stole nie udało się nam osiągnąć tego, co sobie zakładaliśmy, trzeba byłoby odczekać i powtórzyć strajki.
Od lutego 1988 rosły ceny. To był jeden z sygnałów pogłębiającego się kryzysu, który ekonomiści partyjni, mający szeroki dostęp do wszelkich danych, ale także eksperci opozycyjni, dysponujący dużo skromniejszą wiedzą nazywali po imieniu – załamaniem gospodarki. Pogarszająca się sytuacja na rynku i w przedsiębiorstwach, bardzo pesymistyczne nastroje – były głównymi tematami, które dominowały na posiedzeniach Biura Politycznego KC PZRP. Podzielenie się odpowiedzialnością z opozycją – to miał być patent na ucieczkę do przodu. Przecież nikt, ani PZPR, ani opozycja nie przypuszczał, że krótko po Okrągłym Stole władza przejdzie w inne ręce. Opozycja miała służyć za wentyl bezpieczeństwa.
Mimo niewielkiego zasięgu strajków, tuż po nich oraz po zapowiedziach szukania porozumienia, zaczęły rosnąć szeregi opozycji. Jakby ludziom przybyło odwagi. Zastrzyk optymizmu szczecinianom na pewno dało przejście strajkujących od portu aż do kościoła oo. jezuitów na Pocztową – pochodu nie odważyły się zatrzymać oddziały ZOMO. Powstał Międzyzakładowy Komitet Organizacyjny, do którego zgłaszały się kolejne środowiska inteligenckie. Opozycja dostawała coraz większe wsparcie z Zachodu: maszyny drukarskie, pieniądze. „Solidarność” wspierały włoskie związki zawodowe z regionu Veneto, francuska Force Ouvriere, związkowcy z Danii i Wielkiej Brytanii. To wsparcie świata było bezcenne. W dodatku już od kilku miesięcy było jasne, że przemian w Polsce nie będzie hamować Wielki Brat. Powiedział to jasno Michaił Gorbaczow, przywódca ZSRR.
Ślepa uliczka
Jednak przez wszystkie miesiące przed Okrągłym Stołem panowała niepewność, czy w ogóle dojdzie do obrad. Strona rządowa długo nie chciała zgodzić się na legalizację „Solidarności”, a opozycja nie wyobrażała sobie w ogóle rozpoczęcia dyskusji bez spełnienia tego postulatu.
- Przed Okrągłym Stołem jeździliśmy na narady do Warszawy zastanawiając się, czy władza nie chce nas osaczyć, osłabić – mówi Balazs. – Przecież równolegle toczyły się procesy polityczne, mieliśmy postawione zarzuty za kierowanie strajkiem. To skończyło się dopiero po wyborach, 4 czerwca 1989 r. Ale trzeba było sprawdzić, czy taki wariant, jak osłabienia władzy, a tylko na to wtedy liczyliśmy, jest w ogóle możliwy.
- Wierzyłem, że jest szansa na pluralizm związkowy, bo Polska już kilka lat przed 1989 podpisała szereg dokumentów międzynarodowych, w których zobowiązywała się do wolności związkowej – wylicza Milczanowski – Poza tym w sądach leżało kilkaset wniosków o rejestrację zakładowych komisji „Solidarności” i władza musiała w końcu coś z tym zrobić. Mówiliśmy sobie, że jak nie będzie pluralizmu, to czekamy do pierwszej trawy i ponownie strajkujemy. Ale władza też była w ślepej uliczce.
Władza słabła - po raz pierwszy chyba w historii PZPR jej przywódca powiedział – jesienią 1988 - że może zabraknąć pieniędzy na utrzymanie aparatu partyjnego i rozpoczął jego odchudzanie. Mimo konieczności zmian partyjny beton nie chciał przyjąć do wiadomości, że partia może przestać ingerować w gospodarkę, może przeczuwając bardziej, niż wiedząc, że w efekcie doprowadzi to do przemian systemowych.
Jeszcze w grudniu 1988 ZOMO próbowało zablokować pochód, który w rocznicę Grudnia ’70 szedł spod szczecińskiej stoczni do katedry.
Jednak podczas X plenum KCPZPR (przełom grudnia ‘88 i stycznia ’89) wobec oporu towarzyszy, którzy wciąż nie chcieli zgodzić się na legalizację „S”, co Okrągły Stół stawiało pod znakiem zapytania, partyjna wierchuszka: Jaruzelski, premier Rakowski, minister obrony Florian Siwicki, Czesław Kiszczak, a także dwaj członkowie Biura Politycznego Józef Czyrek i Kazimierz Barcikowski zagrozili, że ustąpią ze stanowisk. Część historyków wątpi, czy była to groźba realna. Na pewno była wystarczającym straszakiem dla opornych, którzy nie widzieli alternatywy dla swoich przywódców.
Główny postulat opozycji przeszedł. 6 lutego 1989 r. rozpoczęły się obrady Okrągłego Stołu.
Komu podać rękę
Znane stopklatki: gen. Kiszczak, który wita się u szczytu schodów w Pałacu Namiestnikowskim, podając rękę każdemu z uczestników obrad przy meblu głównym. Niektórzy mają z tym problem: czy przywitać się z szefem aparatu represji w latach 80. Inni musieli uporać się z tym szybciej – jeszcze w Magdalence.
- Kilku zapowiedziało, że Kiszczakowi ręki nie poda, ale zwyczajnie go nie poznali, chłopina ubrał się w garnitur, z którego wystawał wydatny brzuszek i z dobrotliwym uśmiechem witał wszystkich na schodach – śmieje się Radziewicz.
Inny obrazek: słynne duże teczki z napisem „Solidarność” w rękach opozycjonistów. Koniecznie chcieli się odróżnić od „onych”. Niektórzy w swetrach. Wchodzą na salę, szukają swoich miejsc przy stole zrobionym specjalnie na tę okazję w Henrykowie (tak naprawdę obradujący siedzą przy nim tylko na początku i zakończeniu obrad, reszta debat toczy się w trzech głównych zespołach i kilku podstolikach). Codziennie wieczorne podsumowanie w TVP wielogodzinnych rozmów: po kolei mówi przedstawiciel zespołu ze strony rządowej i opozycyjnej. Już wtedy Polska widzi różnicę w mowie tych spod znaku S” i tych, których słychać było przez ostatnie lata. Ci pierwsi – swobodni, ci drudzy raczej milczący, unikający zwarcia.
Solidarnościowi pilnują się. Odpokutowali zdjęcia z Magdalenki, które obiegły całą Polskę – gen. Kiszczak wznosi toast, a w rękach kieliszki z wódką trzymają też liderzy opozycji. Zaczyna się szemranie o dogadaniu elit.
- Byłem na tym obiedzie i też kieliszek podnosiłem – mówi Radziewicz. - A tych kieliszków było może ze dwa. Oczywiście można było pić więcej, w końcu chłopaki z OPZZ urżnęli się, jak trzeba. Obiad był w stylu staropolskim, malutkie stopki wódeczki były pod przekąskę. Reprezentujący władzę przyznali, że nie rozumieli nas, bo myśleli, że jesteśmy szaleńcami. My z kolei dziwiliśmy się, że w ogóle chcą z nami gadać. Był zakaz filmowania, robienia zdjęć. A właściwie był zakaz rozpowszechnianie tego, co filmowano - Kiszczak przekonywał, że dzieją się ważne rzeczy i trzeba je uwiecznić dla Historii. No i przerobił nas, pokazał, co chciał.
Przy Okrągłym Stole niektórzy z obu strona barykady próbują się zaprzyjaźnić i w kilku przypadkach to się udało. Przyjaźń łączy do dziś m. in. Aleksandra Kwaśniewskiego i Artura Balazsa. Ten ostatni mówi, że nie chciał, aby wspomnienia z pobytu w więzieniu, rewizji, zaważyły na tym, co się wówczas działo. Chciał tamten okres zamknąć.
Podobnie Andrzej Milczanowski. Ale i on i reszta ze strony solidarnościowej przy podstoliku prawnym trzyma dystans: żadnych kolacyjek, żadnego fraternizowania się. Co chwilę wprawiają w zakłopotanie rządowych ekspertów cytując konkretne przykłady naruszania prawa w Polsce, czy udowadniając, że niezawisłość sędziów jest fikcją. W sumie druga strona do propozycji zmian daje się przekonać, niepewna, czym obrady się zakończą.
Inny scenariusz?
Informacja, że nie cała opozycja popiera Okrągły Stół pojawia się jeszcze przed obradami. W Szczecinie porozumienie kontestuje środowisko skupione wokół Mariana Jurczyka. Dwa tygodnie po rozpoczęciu obrad bardziej radykalne środowiska solidarnościowe spotkają się na Kongresie Opozycji Antyustrojowej, w Jastrzębiu. Zebrani otwarcie mówią o konieczności zniesienia monopolu PZPR i wolnych wyborach.
Historycy do dziś spierają się, czy było to wówczas możliwe – część twierdzi, że bez prób porozumienia monopol partyjny załamałby się i tak najdalej po roku. Inni utrzymują, że Okrągły Stół był możliwy dzięki sytuacji międzynarodowej (działania Gorbaczowa, Ronalda Reagana i Margaret Tchatcher, wpływ Watykanu) i stał się furtką do pełnej demokratyzacji politycznej i gospodarczej w Polsce. Już dwa lata później – w 1991 r. odbyły się wolne wybory, a jeszcze rok wcześniej Polacy sami wybrali prezydenta.
To, co się zdarzyło 20 lat temu dzieli Polaków do dziś. Jedni, nawet ci, którzy brali udział w obradach mówią o „zdradzie okrągłostołowej”. Inni, jak Edward Radziewicz mówią, że są dumni z tego, iż byli przy Okrągłym Stole, a wśród przeciwników porozumienia, poza wyjątkami, widzą tych, którzy spóźnili się na rewolucję.
Ostatnio uchwałę dotyczącą uczczenia 20. rocznicy Okrągłego Stołu przyjął zgodnie Sejm RP przypominając, że z kręgu uczestników wywodzi się wiele znaczących osobowości polskiego życia politycznego, w tym trzech prezydentów: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Lech Kaczyński.
Post scriptum:
Po 1989 r. Andrzej Milczanowski piastował funkcje zastępcy szefa Urzędu Ochrony Państwa, szefa UOP, potem ministra spraw wewnętrznych – to właśnie on oskarżył Józefa Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji. Od 1995 pracuje w Szczecinie jako notariusz.
Artur Balazs w kolejnych rządach solidarnościowych piastował funkcje ministra ds. współpracy ze związkami zawodowymi, ministra rolnictwa. Był twórcą koalicji Prawa i Sprawiedliwości z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin. Od 2005 r. prowadzi gospodarstwo rolne na Wolinie.
Edward Radziewicz krótko był przewodniczącym Regionu Pomorza Zachodniego NSZZ „Solidarność”. Szybko wrócił do pracy w rodzimej firmie – Zarządzie Morskich Portów Szczecin i Świnoujście, gdzie piastował różne funkcje do funkcji prezesa jednej z portowych spółek włącznie. Od 1989 r. trzyma się z dala od polityki. Jak twierdzi wielu jego znajomych, w tym Milczanowki i Balazs , Radziewicz miał pecha - spotkał na swej drodze zbyt wielu cwaniaków, którzy nie pozwolili mu rozwinąć skrzydeł.


Materiały 
