Z TW za plecami
Dlaczego w sierpniu 1988 r. nie zastrajkowała stocznia szczecińska? Co portowcy mieli robić w razie ataku ZOMO? Dlaczego kilka osób trafiło wtedy do szpitali psychiatrycznych? – szczątkowych odpowiedzi na te pytania można szukać w raportach pisanych 20 lat temu
przez tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa – materiały znajdują się obecnie w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej.
Przez cały czas trwania strajków w Szczecinie w sierpniu 1988 r. „uchole” pracowali gorliwie. Ich donosy włączane były do meldunków dziennych sporządzanych przez szczecińską SB na potrzeby centrali w Warszawie. Dzień po dniu, czasem godzina po godzinie TW raportowali to, co widzieli w gronie znajomych, przyjaciół, czasem nawet własnych rodzin.
Kiepsko, gorzej, coraz gorzej
Ludziom nie podobają się podwyżki – wynika z wielu meldunków spływających do siedziby SB w Szczecinie z różnych zakładów pracy. Tajni współpracownicy ostrzegają, że nastroje pogarszają się, wśród ludzi rośnie niezadowolenie.
Tak było od lutego 1988 r., gdy władza ogłosiła największe od czasu stanu wojennego podwyżki. W kwietniu zastrajkowała komunikacja miejska w Bydgoszczy, potem stanęła Huta im. Lenina. Pojawiły się postulaty przywrócenia do pracy wyrzuconych w stanie wojennym działaczy „Solidarności”. Wybuchł strajk w Hucie Stalowa Wola – został rozwiązany wskutek demonstracji siły przez ZOMO i groźby użycia wojska. 2 maja stanęła stocznia gdańska – padł postulat przywrócenia „Solidarności”. Strajkujący opuścili zakład pracy – alternatywą była pacyfikacja.
TW donieśli, że Szczecin przygotowuje się do obchodów 1 Maja innych, niż życzyłaby sobie władz. Wg meldunków przecieki miały pochodzić ze środowiska w którym bywał jeden z bardziej znanych opozycjonistów Stanisław Wądołowski, a także z kręgu rodziny Mariana Jurczyka, przywódcy szczecińskiego Sierpnia 80.
Michaił nie pomógł
W Szczecinie na początku maja zastrajkowały zajezdnie autobusowe. Potem, po wyrzuceniu przywódców strajku, kierowcy autobusów przerwali pracę ponownie w czerwcu. Prawdopodobnie władza wystraszyła się narastającego konfliktu, zdarzył się w fatalnym momencie, chwilę przed wizytą w Szczecinie I sekretarza KPZR Michaiła Gorbaczowa wraz z małżonką. Wyrzuconych do pracy przywrócono.
Mimo ustępstw władza czuła się pewnie. W połowie lipca ‘88 do Warszawy, na obrady Doradczego Komitetu Politycznego Państw-Stron Układu Warszawskiego, przyjechali przywódcy demoludów. Kilka dni później rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban ogłosił, że ruch Solidarność „trwale należy do przeszłości”.
Koniec lipca głównym tematem podsłuchiwanych wśród ludzi rozmów było rozporządzenie Rady Ministrów, które miało wejść w życie lada moment. Rozporządzenie dotyczyło czasu pracy w uspołecznionych zakładach pracy – społeczeństwo odczytało to jako odebranie prawa do wszystkich sobót wolnych, co miało przełożyć się na pozostawanie w pracy dłużej w każdy dzień tygodnia.
A jednak się kręci
W połowie sierpnia zaczęła się kolejna fala strajków, stanęła kopalnia Manifest Lipcowy i 14 kopalń górnośląskich, 20 sierpnia zastrajkowała stocznia gdańska.
Strajk w porcie szczecińskim wybuchł 17 sierpnia o godz. 8.00. Dzień później stanął WPKM. Co w tym czasie donosili TW nie wiadomo – w archiwach nie zachowały się meldunki z pierwszych dziesięciu dni sierpnia. Atmosferę oddają dokumenty wydawane wówczas przez komitet strajkowy Zarządu Portu Szczecin – Świnoujście, przekształconego szybko w Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Przede wszystkim upowszechniono cztery postulaty, z czego pierwszy dotyczył wprowadzenia zasad pluralizmu związkowego. Pozostałe mówiły o podwyżce płac, przywróceniu zwolnionych z pracy portowców działających w podziemnych strukturach „Solidarności” i zapewnieniu bezpieczeństwa strajkującym po zakończeniu strajku. Strajkujący chcieli, aby na rozmowy z nimi przyjechał gen. Wojciech Jaruzelski, przewodniczący Rady Państwa. To zaproszenie do końca strajku zostało bez odpowiedzi.
Żaden z TW nie doniósł, że przewodniczący MKS Edward Radziewicz zażądał na początku strajku wyjścia z sali obrad donosicieli. Wyszło dwóch mężczyzn.
Z raportów SB wynika, że na początku władza nie uznała strajku za polityczny (analiza ppłk Sławomira Sokołowskiego naczelnika wydziału, V Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Szczecinie). Komitet Wojewódzki PZPR liczył, że rozwiąże konflikt obiecując spełnienie postulatów płacowych.
Jednak szybko okazało się że strajkujący chcą czegoś więcej. 20 sierpnia TW meldował o spotkaniu, na które Międzyzakładowy Komitet Strajkowy pojechał do zakładu przeładunków masowych na Basenie Górniczym
- Nie żądamy pieniędzy, one są potrzebne, ale nie najważniejsze - TW cytował słowa Radziewicza. Radziewicz przekonywał do pierwszego, głównego postulatu – przywrócenia pluralizmu związkowego i co za tym idzie pluralizmu politycznego. - Teraz, albo nigdy - podkreślał.
- Czy będzie zalegalizowanie „Solidarności”? – pytali zebrani.
- Nie martwicie się wszystko będzie w porządku.
- Co robić w przypadku wkroczenia na teren portu ZOMO?
- To indywidualna sprawa każdego – miał odpowiedzieć Radziewicz. Było to chwilę przed podjęciem przez MKS decyzji o przygotowaniu samoobrony.
Psychoza
Sprawa bezpieczeństwa wraca jako temat kilku meldunków – port był odcięty kordonem ZOMO, nad strajkującymi latały helikoptery, do kanałów portowych wpływały okręty desantowe. „Jeżeli siły porządkowe będą użyte, to cała odpowiedzialność za następstwa spada na władze” – napisał w oświadczeniu MKS. SB dysponowała też wydanym dzień wcześniej oświadczeniem komitetu strajkowego, jaki zawiązał się w zakładach Włókien Chemicznych „Chemitex – Wiskord”, które solidaryzowały się z portem i WPKM, ale pracy nie przerwały. „(...) w razie użycia siły przez władze wobec którejkolwiek ze strajkujących załóg pracownicy ZWCh „Ch-W” natychmiast przerwą pracę. Winę za powstałe stąd straty w maszynach, urządzeniach i surowcach ponosić będzie władza.”.
20 sierpnia wieczorem TW odnotowali w porcie „wzrost napięcia, oczekiwanie na rozwiązanie siłowe, szerzącą się psychozę” (analiza mjr Waldemara Wojciechowskiego, z-cy naczelnika wydz. V WUSW). To wtedy portowcy zablokowali bramy ładowarkami, sztaplarkami, lokomotywami, ciągnikami z platformami i wózkami widłowymi.
Niezadowolenie z postępowanie władz TW zauważyli w Hucie Szczecin, w piekarniach, które poparły strajk górników i dokerów, w świnoujski porcie. TW donieśli, że kobiety z Duszpasterstwa Robotniczego szyją biało-czerwone opaski i że strajkujący wysłali postulaty do arcybiskupa Kazimierza Majdańskiego, a także podziękowania do papieża Jana Pawła II „za modlitwę i słowa wsparcia”.
Strajkujący starali się, aby do opinii publicznej przedostawały się informacje o zatrzymaniach łączników strajkujących (m. in. związanych z organizacją Wolność i Pokój), a także o prowokacjach władzy (szerzone informacje o wyłączaniu bloków energetycznych w Elektrowni Dolna Odra, o psuciu się artykułów żywnościowych na statkach stojących na redzie szczecińskiego portu).
Nie można zabić duszy
22 sierpnia ZOMO weszło na teren trzech zajezdni- brutalnie spacyfikowało strajkujące na Niemierzynie i Golęcinie kobiety. W meldunkach TW pisali „nic nim nie zrobiono”, nie pisali natomiast, że niektóre poturbowano, a jedna z kobiet przepłaciła atak ZOMO zawałem serca. „Strajkujący usiedli na ziemi, trzymali się pod ręce, śpiewali religijne pieśni – ZOMO zaniosło do więźniarek 25 osób” – meldowali TW. Z zajezdni w Policach strajkujący wyszli pod groźbą pacyfikacji zakładu. TW zauważyli, że część przeszła do zajezdni na Klonowica i Struga. Część kobiet przeszła do kościoła oo. jezuitów przy ul. Pocztowej, gdzie znajdował się punkt pomocy strajkującym.
Pacyfikacja zajezdni sprawiła, że uzbroiła się Łasztownia – donosiciele pisali, że od tej pory portowcy chodzili po terenie zakładu pracy uzbrojeni w pałki i kable. „W razie interwencji ZOMO – pisał TW – kierowcy sztaplarek, i wózków widłowych mając wjeżdżać w ich szeregi”.
Odwagi przestraszonym miał dodawać jezuita, Przemysław Nagórski „Nie bójcie się - mówił - ciało można zabić, duszy nie” – notowali TW podczas mszy odprawianych w porcie.
Po pierwsze - osaczyć
Portowcy ubolewali, że do strajku nie przyłącza się stocznia szczecińska.
„Grupa założycielska NSZZ „Solidarność” uznała na spotkaniu w prywatnym mieszkaniu, że nie ma co podejmować prób strajku w stoczni” – meldował TW 23 sierpnia. Dwie osoby, które podjęły próbę zorganizowania strajku w stoczni zabrało nieoczekiwanie pogotowie ratunkowe. Potem rozpowszechniano informacje o ich problemach psychicznych.
„Nasze działania oraz bieżąca analiza sytuacji pozwoliły na precyzyjne określenie stanu nastrojów i atmosfery wśród strajkujących, tym samym umożliwiły wybór odpowiedniego momentu i wariantu udzielenia pomocy grupie przeciwnej strajkowi” – taki meldunek SB wysłała do Warszawy uspokajając szefostwo resortu.
W ręce SB wpadł apel Mariana Jurczyka, który chciał, by w regionie wybuchł strajk generalny – apel pozostał bez echa. SB obserwowała, jak portowcom pomagają rolnicy indywidualni zaopatrując ich w żywność. Analizowano, jakie nadzieje strajkujący wiążą z osobą mec. Władysława Siły-Nowickiego, członka Rady Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa, który podjął się roli negocjatora .
Pod szczególną „opieką” TW był Andrzej Milczanowski, lider opozycji na Pomorzu Zachodnim i przywódca sierpniowego strajku. Donosiciele odnotowali, jak nie chciał przyjąć wezwania do prokuratury, a potem, jak 27 sierpnia „nawiązał kontakt telefoniczny z Wałęsą”. To wtedy obaj uznali, że realizacja pierwszego postulatu – legalizacji Solidarności - jest warunkiem do prowadzenia dalszych rozmów. To wtedy Wałęsa został upoważniony przez szczeciński MKS do prowadzenie rozmów na temat przywrócenia „S”.
TW przysyłali też sprzeczne informacje – jeden napisał, że ludzie mają już dość strajku. Przed opuszczeniem portu miał powstrzymać ich dramatyczny apel Józefa Kowalczyka: „Portowcy nie dajcie się omamić pieniędzmi, kwota o którą walczycie, to tylko 30 czekolad”, a także zdecydowanie wystąpienie Milczanowskiego, który wytkną strajkującym, że chodzi im tylko o pieniądze. A jednak jeden z esbeków jasno stwierdził: „drogą operacyjną ustalono, że podwyżki nastrojów nie zmienią”.
Pod koniec sierpnia TW zanotowali przekazanie strajkującym portowcom 43 tys. zł przez Czesława Miłosza (informacja ta została skreślona). Odnotowali także próbę wywołania strajku w porcie w Świnoujściu. Władza spacyfikowała go szybko powołując na ćwiczenia rezerwy dziewięciu „najbardziej agresywnych inspiratorów”.
Mało nas
„W rocznicę podpisania porozumień sierpniowych dokonano penetracji rejonu tablicy” – TW donieśli o przygotowanych przy tablicy ofiar Grudnia 70. – „Nie stwierdzono żadnych negatywnych akcentów w tym rejonie”. Wg innego TW nawet Stanisław Wądołowski publicznie ubolewał, że niewielu ludzi przyszło uczcić rocznicę, która co roku była manifestacją opozycji.
Przy bramkach wjazdowych do portu dyrekcja ustawiała punktu dla chętnych do pracy – wpisujących się na listy było niemało.
30 sierpnia z komunikatu MKS wynikało, że nastąpił pat w rozmowach – nikt nie chciał dać gwarancji bezpieczeństwa strajkującym, ani obietnicy zapłaty za strajk.
Jak odnotowali TW 1 września o 2.35 do portu przyjechali wojewoda szczeciński Stanisław Malec i 1 sekretarz KW PZPR Miśkiewicz (mieli odgórny zakaz prowadzenie jakichkolwiek negocjacji ze strajkującymi). Podejmowane przez nich próby negocjacji niczego nie zmieniły. W raportach SB znalazły się notatki o zaburzeniach psychicznych, które rzekomo miały dotykać niektórych strajkujący i w porcie i w zajezdni na Struga.
1 września prokurator obiecał, że nie będzie postępowań wobec zwykłych strajkujących spoza MKS. Siła Nowicki powołał się natomiast na słowa gen. Czesława Kiszczaka (szefa MSW), że nie będzie wyciąganych konsekwencji wobec wszystkich strajkujących. „Ludzie mówią, że Kiszczak tak postępuje, bo chce zjednać sobie opozycję i zostać premierem” – TW przekazywali to, co usłyszeli w tłumie.
2 września przed budynkiem dyrekcji portu zawisł balon o średnicy 3 metrów z hasłem „Dyrektorze nie rób nas w balona, taczki czekają” – była to odpowiedź portowców na nieprzejednane stanowisko dyrekcji. Nocą MKS uznał ostatecznie, że odstępuje od żądań płacowych – skoro jest szansa na przywrócenie „Solidarności”. „(...) zdecydowaliśmy się zakończyć strajk pomijając zupełnie postulaty płacowe (...) Jesteśmy przekonani, że jest to decyzja godna honoru polskiego robotnika” – napisał Edward Radziewicz w ostatniej ulotce.
„Z portu wyruszyła 3,5 – tysięczna kolumna z 10 metrowym krzyżem i dwiema kukłami robotników z zerwanymi kajdanami – relacjonował TW – Śpiewali „Ojczyzno ma”. Przed katedrą przywitał ich bp Majdański, który ucałował Radziewicza. (...) Poza pojedynczym okrzykiem „precz z komuną” innych antypaństwowyh okrzyków nie odnotowano”.
TW zaobserwowali, że strajkujący, którzy wrócili do pracy 4 września mieli na ubraniach przyszyte emblematy kościele.
Zwyczajne polskie piekiełko
TW: „ci, którzy strajkowali pluli pod nogi łamistrajkom”.
TW: „Niektórzy portowy byli rozżalenie, że MKS nie przyjął jednak choćby tej niższej podwyżki niż zakładano, obiecywanej przez dyrekcję”.
TW: „niektórzy ludzie dziwią się dlaczego władza chce zasiąść do stołu ze strajkującymi”.
TW: „Jurczyk źle wypowiada się o Milczanowskim i Wałęsie, że niepotrzebnie poderwali ludzi”.
*
TW: „Trwają rozmowy w kościele pw. Andrzeja Boboli, Jerzy Zimowski przekonuje – istnieje cienka nić szansy na zalegalizowanie „Solidarności” i trzeba jej się trzymać”.
Źródła: meldunki dzienne SB zeszyt 1 i 2 (w zasobach IPN), „Z archiwum szczecińskiego strajku sierpień 1988 roku – ze zbiorów Edwarda Radziewicza i Andrzeja Milczanowskiego”, Wojciech Roszkowski „Najnowsza historia Polski 1980-2002”, notatki prywatne z rozmów prowadzonych z uczestnikami szczecińskiego Sierpnia ’88.


Materiały 
