Czasem nie można się cofnąć
Gdy podczas strajku w stoczni szczecińskiej im. A. Warskiego w sierpniu 1980 r. szukali kogoś, kto by zechciał spisywać postulaty przynoszone przez ludzi z innych zakładów i protokołować przebieg wydarzeń, za dużo chętnych nie było. Bo kto wiedział, jak to wszystko się
skończy? A wiadomo, że jak ktoś się wyrywa do takich czynności, to z góry jest podejrzany. Naraża się.
Zgłosił się Antoni Szatkowski, bo uznał, że po prostu nie ma innego wyjścia. Na wszelki wypadek pilnował tylko, żeby nie dać się sfilmować telewizji, którą stoczniowcy wpuścili pod koniec strajku. Panie, my tu historię utrwalamy, gorączkowali się dziennikarze, oszołomieni nagłym powiewem wolności.
Antoni pomyślał wtedy, że podobnie musiała smakować wolność w listopadzie 1918 r., gdy Polska wróciła na mapę Europy.
Drugie życie
Miał 15 lat, gdy ojciec zaprowadził go do kadrowego stoczni w Gdańsku. Przekonywał, że syn, choć młody, nada się na pomocnika ślusarza. Jest taki silny, zdrowy, duży. Kadrowy przyjrzał się chłopakowi i długo nie myślał – wojna zdziesiątkowała ludzi, trzeba było sięgać po pomoc takich, właściwie, dzieciaków. Wysłał Antoniego do czyszczenia akwenu wodnego w rejonie portu.
- Uciekający z Gdańska Niemcy potopili wszystkie jednostki pływające: barki, promy pasażerskie, okręty wojenne, nie zostawili nic – wylicza Antoni Szatkowski. – Wyciągaliśmy je w samym Gdańsku i dalej, na redzie portu. Wydobywało się za pomocą flaszencugów i podnośników. Dwie barki stawały przy wraku, na nich ustawiało się kozły i belki poprzeczne i podnośnikami ciągnęło w górę.
Największą frajdę stanowiło oczyszczanie i uruchamianie maszyn parowych. Martwe, skazane na zagładę, ocalone, nagle ożywały. Jakby dawały znak, że skoro one mogą dalej funkcjonować, to pewnie reszta przedwojennego świata też. Zaczarowały Antoniego bez reszty, zwłaszcza pasażerski bocznokołowiec, który przed wojną pływał po Wiśle. Urzekł go, był jak wspomnienie świata, który już przeminął, a który jednak przetrwał w takich symbolach.
Kierunek Szczecin
Antoni nie marnował czasu, czytał literaturę fachową, zaczął uczęszczać do szkoły zawodowej przy stoczni. Po dwóch latach maszyny, którymi się zajmował, nie miały przed nim tajemnic. Świat statków, morza, fascynował i kusił, aby odkrywać nowe lądy. Gdy w 1947 r. montowano ekipę, która miała pomóc uruchomić stocznię w Szczecinie, zgłosił się na ochotnika. Dwa holowniki i barka przez 17 dni płynęły rzekami przez Polskę. Do Szczecina przybiły w listopadzie, do nabrzeży stoczni Odra. Ekipa musiała poczekać do momentu przejęcia stoczni przez Polaków z rąk Rosjan.
Stocznia była doszczętnie zdewastowana przez naloty, zniszczona przez uciekających Niemców. Część ocalałych maszyn wywieźli Rosjanie, część wysadzili w powietrze – wspomina Szatkowski. – Na pochylni stał kadłub poniemieckiego statku „Oliwa”. Został zwodowany w kwietniu 1948 – i był to pierwszy zwodowany statek w powojennej Polsce, następnie przeholowany do Gdańska i tam wyposażony.
Kilka zasad
Przemysł okrętowy był jedną z tych dziedzin, na którą stawiało nowe państwo polskie. Stocznie dostały duże pieniądze na rozwój, co szybko zaczęło przynosić rezultaty. Szatkowski pracował jako maszynista na jednym z holowników. Podobało mu się, że stocznia zmienia się z dnia na dzień. Nie podobało mu się, że załoga klepie biedę, a normy są śrubowane coraz bardziej. Brak pieniędzy był coraz dotkliwszy, ale nie tylko to doskwierało. Gorszy od biedy był panoszący się wszędzie lęk, bo wszyscy wiedzieli, że za byle usterkę zostaną posądzenia o sabotaż i działanie przeciw ustrojowi. Stocznia znajdowało się pod stałą „opieką” Urzędu Bezpieczeństwa. Przy drobnych wypadkach prowadzone były drobiazgowe śledztwa, przy większych groziło więzienie.
Zdarzyło się, że przy cofce holownik Antoniego, gdy ten zszedł już z dyżuru, zawisł na cumach przy nabrzeżu. Pech chciał, że nazajutrz przypadało wielkie święto PRL – 22 Lipca. UB uznało, że Antoni dopuścił się sabotażu, aby zakłócić przebieg święta i zepsuć uroczysty nastrój.
- O niczym nie wiedząc przychodzę rano do pracy, a tu czekają na mnie przed bramą stoczni, biorą pod pachy i na górę ciągną, do pokoju, w którym urzędowali – opowiada. – Śledztwo trwało 30 godzin bez przerwy. Zarzucono mi, że chciałem utopić holownik specjalnie 22 lipca. Wyzywali: ty taki, owaki. Poczułem okropny żal. Ja tu z sercem do stoczni, a tu takie podsumowanie!
Gdy dźwig wyciągnął holownik odbyły się szczegółowe oględziny. Nie znaleziono w kadłubie dziury, którą przecież Szatkowski powinien zrobić, skoro chciał zatopić jednostkę.
Mówi, że wtedy po raz pierwszy poczuł absurdalność systemu, w którym żył.
Krótko potem zdarzył się kolejny przypadek, który mógł skończyć się dramatem – pod pokładem holownika, wskutek złego założenia uszczelki, nastąpił wybuch. Cudem nikt nie zginął i wszystko udało się szybko naprawić. Cudem nikt nie doniósł. Antoni Szatkowski zrozumiał, po pierwsze, że nie wszyscy ludzie to świnie, a po drugie, że jeśli są razem, to przezwyciężą nawet systemowe absurdy.
Ponieważ dużo było wypadków na różnych jednostkach i łatwo można było trafić do mamra, Szatkowski postanowił przenieść się do Biura Konstrukcyjnego.
Przy pierwszej wypłacie jęknął – była kilkukrotnie mniejsza, niż ta, z holownika. Zbuntował się i namówił innych do protestu. Ciekawe, jakie byłyby losy tego prowizorycznego strajku, gdyby nie jeden z dyrektorów, który przyszedł do biura i używając krótkich żołnierskich słów pogonił wszystkich do roboty. Wszechobecne UB o akcji nie dowiedziało się nigdy. Zasada lojalności wobec kolegów i omijania bezpieki łukiem podziałała.
Dawka tlenu
Wydawało się, że inna rzeczywistość zaczyna się w Październiku 1956 r. Wiece w Filharmonii Szczecińskiej i podchodzący swobodnie do mikrofonów ludzie, znacząca w Szczecinie postać przedwojennego generała Mieczysława Boruty-Spiechowicza, jak z innej rzeczywistości, rozmowy ludzi o zbrodniach UB, sprawa szefa szczecińskiej bezpieki Eliasza Kotona przeniesionego do innego miasta.
Antoni odnalazł się w działaniu na rzecz innych. Wypychali go na zebraniach, żeby mówił, co się ludziom nie podoba, prosili o pisanie podań w ich imieniu do związku metalowców. Walczył o zasiłki, nowe kombinezony, mieszkania. Często wygrywał.
Nie godzien partii
Antoniego chętnie widzieliby w partii. Można takiego dobrze wykorzystać i przy okazji spacyfikować, żeby za dużo nie podskakiwał. Podchodzili z deklaracjami wielekroć. Zawsze odpowiadał tak samo: nie godzien.
- Tuż przed podwyżką cen w grudniu 1970 r. przyszedł do mojego biura członek egzekutywy partyjnej i zaproponował – pierwszy raz w życiu - wycieczkę – opowiada Szatkowski. – Nie pojechałby pan, panie Antoni do Pragi, nie obejrzałby pan po drodze Panoramy Racławickiej, zachwalał. Kto by się wahał? Skompletowali autokar, jak się okazało, z takich samych podskakujących, jak ja i pojechaliśmy. O podwyżkach dowiedzieliśmy się we Wrocławiu, przed tą Panoramą. W Pradze, ktoś z ministerstwa propagandy CSRS, robił nam regularne wykłady o trudnej sytuacji i wrogach ustroju. Do Szczecina wróciliśmy już po strajku. Tyle, że zdążyłem wziąć udział w strajku styczniowym i wysłuchać Gierka, gdy do nas przyjechał. Żądaliśmy m. in. rozliczenia winnych tragedii grudniowej, wprowadzenia zakazu używania broni ostrej przeciw narodowi. I sekretarz dużo obiecywał, ale nigdy nie doczekaliśmy się spełnienia obietnic. Mówił też: piszcie towarzysze o ukaranie winnych śmierci ludzi w grudniu 1970. Pisaliśmy do Franciszka Szlachcica, szefa MSW, ale też nic z tego nie wyszło.
Co nie pozwala zabić nadziei
Sierpień 80 był inny, niż wszelkie dotychczasowe doświadczenia, które Antoni Szatkowski miał za sobą. Patrząc na to, co działo się w sali świetlicy stoczniowej, gdzie obradował Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, gdzie przychodzili ludzie popierać strajk, na to, co działo się przed bramą stoczni, słuchając wieści napływających z kraju, mimo braku połączeń, pomyślał, że właśnie tak musieli czuć się ludzie jesienią 1918, gdy Polska wreszcie była wolna. To nie była już tylko polska sprawa, ale całego świata. Tak to czuł.
- Według mnie załamał się system totalitarny – mówi. – To było też takie polskie memento wysłane pod rozwagę wszystkim: nie da się ludzi utrzymać w jarzmie po wsze czasy. Ten wybuch społeczny był szczery, spontaniczny, nie sprowokowany. Zadziałał jak lawina. Cieszyli się wszyscy i stoczniowcy i harcerki i przedszkolanki i niewidomi, którzy przyszli wesprzeć strajk. I nawet partyjni.
Pamięta, że na początku nazwiska Mariana Jurczyka i Stanisława Wądołowskiego nic mu nie mówiły. Pamięta, że jak przyjechała ekipa z Kazimierzem Barcikowskim na czele, sala wstała z szacunkiem, ale nikt nie klaskał, zwłaszcza, że wicepremier wszedł z papierosem przyklejonym do ust, co ludzie odebrali jako nonszalancję i brak szacunku. Pamięta straszenia i prośby i pogłoski o planowanym desancie na stocznię. I pamięta szaleństwo po podpisaniu Porozumień Sierpniowych, scenę świetlicy zarzuconą kwiatami, jak ołtarz i poczucie zwycięstwa. I ulgi.
Trzeźwiał z sierpniowej radości, gdy strajk w stoczni, tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, rozpędziły czołgi pacyfikujące zakład. To był obrazek zupełnie inny, niż ten zapamiętany z sierpniowych dni. Symboliczne było zagłuszanie głosów ludzi czytających przez megafony odezwy do wojska, przez specjalnie zapuszczane silniki ciężkich wozów bojowych.
Chyba tylko dlatego, iż ten sierpniowy entuzjazm był tak wielki, stan wojenny nie zabił nadziei. Ciąg dalszy musiał nastąpić.
I nastąpił.
*
Antoni Szatkowski porządkuje wspomnienia. Najbardziej zależy mu, aby Szczecin nie zapomniał o ludziach, którzy w przełomowych momentach potrafili przełamać lęk: myśli o ofiarach i poszkodowanych w Grudniu ’70, o ludziach Sierpnia 80, tych bardziej znanych, jak Marian Jurczyk, ale też tych, których nazwiska rzadziej, albo wcale pojawiają się w podręcznikach historii – np. Ryszardzie Zambrzyckim, Tadeuszu Małeckim, Jurku Corde i Janie Dajerlingu. Ma nadzieję, że 30. rocznica Sierpnia będzie także ich świętem.


Materiały 
