Anna Jablonska
Czasem o życiu ludzkim decyduje splot przypadków. Tak było z Anną Jabłońską, która w październiku 1945 r. przyjechała do Szczecina za namową koleżanki. Koleżanka przyjechała tu do brata, który wracając z robót w Niemczech, zatrzymał się w Śmerdnicy.
A kiedy obie udały się do Śmerdnicy, trafiła się bryczka. Bryczką jechało kilku polskich wojskowych, wśród nich jeden bardzo miły. Zagadywał do Anny, potem odwiedzał i długo nie zwlekając, zapytał: Jedziemy dać na zapowiedzi. Zechcesz mnie? Choć znała go ledwie półtora miesiąca – zechciała.
Była trochę wystraszona tempem, w jakim jej życie miało się zmienić. I znów koleżanka, sama dopiero co zamężna, zaczęła ją przekonywać: Fajny chłopak, na co czekać? – mówiła. – Suknię ślubną weźmiesz po mnie.
Ślub wzięli w Nowy Rok i zaczęli szukać miejsca, w którym zamieszka ich rodzina. Przy ul. Sanatoryjnej stał parterowy dom.
– Zniszczony, bez okien i drzwi, a tuż przed wejściem taki lej po bombie, że można było nogi połamać – wspomina.
Annie dom się spodobał. O innym nie chciała słuchać. Zajęli więc dom, w maju Stefan zwolnił się z wojska i postarał o zatrudnienie na Poczcie Głównej. Do jego obowiązków należało kontrolowanie urzędów pocztowych w województwie.
W roku 1947 na świat miał przyjść pierwszy syn Anny i Stefana. Bóle wzięły ją niespodziewanie. Trzeba było szukać transportu, aby dostać się do szpitala po lewej stronie Odry, jednak trudno było o to w tamtych czasach. Wsiedli więc w pociąg licząc, że zdążą – z Dąbia do Szczecina jechało się około godziny. Nie zdążyli, poród zaczął się w wagonie.
Stefan zasłonił żonę kocem, a poród przyjęła mieszkanka Gryfina, towarzyszka podróży. Tak przyszedł na świat Bogumił. Niedługo potem urodził się drugi syn. Stefan stracił pracę. Napisał niepochlebny raport o jednym z naczelników, który wykorzystywał swoją pozycję zawodową w relacjach z podległymi mu paniami. Okazało się, że naczelnik ów miał silne poparcie partii i nadal spokojnie pracował, za to z pracą musiał się pożegnać niefortunny kontroler. Anna w tym czasie pracowała w restauracji, gdzie handlowała bimbrem, ale nie było z tego imponujących dochodów. Stefan wymyślił, że przeniosą się do Koszalina, bo tam łatwiej znajdzie dobrze płatną pracę. Ale Anna się uparła, że nigdzie ze swojego wymarzonego, wyszukanego, najpiękniejszego domu się nie ruszy. Strasznie się o to poróżnili.
– On nie odzywał się do mnie przez bity miesiąc – opowiada Anna. – Jeśli już coś mówił, to groził, że mnie zostawi. Przychodził do domu, w milczeniu stawiałam przed nim obiad.
Zostali. Anna ściągnęła do Szczecina dwie swoje siostry. Zanim stanęły na własnych nogach, trochę pomieszkały w domu przy Sanatoryjnej. W ogrodzie rosły warzywa, na łące obok pasły się kozy. Spory kawałek ziemi przy domu zawdzięczali wojskowej przeszłości Stefana, któremu przydzielono hektarowy teren. Kawałek sprzedali, a za uzyskane pieniądze wyremontowali dom, mocno zniszczony w czasie wojny. Drugi kawałek ziemi trzeba było sprzedać, gdy Stefan ciężko zachorował. Niestety, nie wrócił do zdrowia, zmarł w 1987 r.
Pani Anna ma czworo dzieci, doczekała się pięciorga wnucząt i dwóch prawnuczek.
– Skromnie, ale się żyje – uśmiecha się promiennie. – Jestem zadowolona.
W ogródku, jak przed laty rosną warzywa, kolorowe kwiaty, słoneczniki. W słońcu prężą się koty i kozy są nadal za domem. Tylko Zdroje dawno przestały być wioską. Po drugiej stronie ulicy stoją wysokie wieżowce. Jezdnią ciągnie niemal nieprzerwany sznur samochodów.


Wystawy 
