Błysk w oczach pani Anny
Stanisławów niedaleko Lwowa. Zaczyna się niewesoło. Kilkunastoletnia Anna ucieka przed potwornym głodem. Dotkliwa bieda nie dawała szans na przeżycie. Gdzie może pojechać dziewczyna, dla której całym światem jest rodzinna wioska? Jedynym „ratunkiem” okazało się zgłoszenie się na roboty do Niemiec. Po wojnie dowiedziała się, że Polaków z jej rodzinnych stron wywieziono na Sybir. Trafiła do Szczecina. Została.
Anna ma wesołe oczy. Przy każdym spojrzeniu rzuca figlarnymi iskierkami. To dlatego słuchając jej opowieści trudno mi uwierzyć, że to wszystko
przeżyła. Uśmiech z niebywałą łatwością gości na jej twarzy i zaciera ślad przykrych historii, dopiero co wydobytych z mroków przeszłości.
– Był rozkaz: wszystkich z Niemiec przywieźć do Szczecina – opowiada. – Jak kto chciał wracać do domu, to dawali pieniądze. Ale jeśli ktoś zszedł z samochodu, to nie mógł już wejść z powrotem, zostawał w Szczecinie. Dostawał prowiant na dwa, trzy dni, a potem musiał sobie radzić.
Wysiadła z samochodu i… sobie poradziła. Nie była sama. W czasie pobytu u niemieckiego bauera zaprzyjaźniła się z innymi. Nie była jedyną Polką. Ci, z którymi dzieliła los, stali się jej nową rodziną. Wracając do Polski wszyscy postanowili trzymać się razem. W Szczecinie początkowo zajęli dom przy ul. Poniatowskiego. Szybko okazało się jednak, że jest tam zbyt niebezpiecznie. Przy ul. Pocztowej (adres) stała niemal cała wolna kamienica. Wprowadzili się.
– Nie mieliśmy kłódek, więc na znak, że mieszkanie zajęte, wiązaliśmy na drzwiach sznurek. Bałam się, że ktoś go utnie, że wejdzie… – wspomina. – W kuchni nie było okien, dziurę zakrywaliśmy kocem. Trzeba było samemu zdobyć co potrzebne. Jak coś miałam na oku, nie popuszczałam – opowiada z szelmowskim błyskiem.
Pionierski rok ’45 oznaczał gruz, głód, niepewność i strzelaniny na ulicach. Mimo to atmosfera w kamienicy przy Pocztowej nie była ponura.
– Wszyscy sobie pomagaliśmy – mówi Anna. – Jak upiekłam ciasto, to częstowałam sąsiadów. Jak komuś czegoś zabrakło, to ktoś inny się dzielił. Nikt nie patrzył, że jemu samemu może zabraknąć, nie było zawiści. Było wesoło. My ze wschodu, to się potrafiliśmy bawić, śpiewać. Potem zaczęły chłopaki gnać bimber, to było fest – znów charakterystyczne ogniki w oczach. – W niedzielę się hurtem do kościoła szło.
Anna dostała skierowanie do pracy przy odgruzowywaniu miasta.
– Co my tu przeżyli, te młode nasze lata. Bez światła, tylko gazowe latarnie na ulicy. Miałam jedną kieckę, wieczorem się uprało, w oknie wieszało, a rano wilgotną nakładało i dalej do roboty. Szabrownicy przyjeżdżali, zabierali pianina, fotele i grube pieniądze na tym robili… ech, jak było tak było, ale wesoło, nie jak teraz. Biedowaliśmy razem, razem świętowali, czasem na podwórku do białego rana. W czasie świąt płakaliśmy jak bobry z tęsknoty za swoimi stronami, ale do Rosji każdy bał się wracać.
Kiedy skończyło się zajęcie przy usuwaniu gruzów, zaczęła pracę w porcie, na elewatorze. Praca ciężka, ale za to pracownicy dostawali cukier, ryż. Potem pracowała w wytwórni wód gazowych w Pilchowie, przy produkcji syfonów i oranżady. Rozwoziła napoje do sklepów, nosiła skrzynki po 25 kg.
– Dziecko kochane, te skrzyneczki odezwą się na stare lata powiedział do mnie kiedyś właściciel jednego ze sklepów – śmieje się Anna. – Odezwały się… i to dotkliwie.
Dziś nie porusza się samodzielnie. Siedzi w fotelu i uśmiecha się promiennie. Iskierki w jej oczach świecą, każą mi żałować, że nie byłam wtedy z nimi na Pocztowej.
– Mam kochaną córkę, fajnego wnuka – kwituje naszą rozmowę. – Dobrocią wychowałam. Każdemu bym takiej starości życzyła.


Wystawy 
