Wyzwania to jego specjalność
Nie przyjechał do Szczecina powodowany entuzjazmem. Z bratem uciekali przed częstochowskim Urzędem Bezpieczeństwa. Uznali, że Szczecin leży bliżej zachodu – może się uda emigrować. Ale kiedy Bogusław zobaczył to zrujnowane miasto, pomyślał: „do końca życia będę tu mieć robotę”. Nie pomylił się. Pracował w Urzędzie Samochodowym, zainicjował powołanie Spółdzielni Pracy „Ornament”, postawił na nogi Centralę Rybną i powołał do życia stocznię „Parnica”. Sporo, jak na jeden życiorys. – Proszę nie zapomnieć napisać, że mam 10 wnuków i 7 prawnuków.
W czasie wojny działał w Szarych Szeregach. UB zamknął go pod zarzutem udziału w Narodowych Siłach Zbrojnych. Przed ubecją szukał schronienia na zachodzie.
W Szczecinie Bogusław zaczął pracę w Urzędzie Samochodowym. Na niemieckiej mapie wytyczał granicę: Gorzów – Koszalin – Nowe Warpno.
– Chętnych do transportu było wielu – wspomina. – Przeprowadzki, aprowizacja, wywóz złomu… Kiedyś panowie z aprowizacji chcieli przyspieszyć kolejkę, kładąc mi na biurku dwa pęta kiełbasy, którą za nimi rzuciłem. Z żalem, bo brakowało jedzenia.
Pracownikom zaczął się marzyć wypoczynek. Pojechał nad morze, aby przygotować bazę na wczasy. W Świnoujściu nawiązał kontakt z władzami, wytypował budynki do przejęcia, uzyskał zgodę. W drodze powrotnej był pierwszym klientem hotelu w Kamieniu Pomorskim. Nie było pościeli, spał przykryty materacem, kule świstały nad głową. W 1946 r. „samochodziarze” z rodzinami przyjechali na dwudniowy odpoczynek do Międzywodzia.
Bogusław poznał żonę (jej ojciec prowadził zakład malarski, zatrudniał z pół setki ludzi). Bogusław dał się namówić na zmianę pracy. Prowadził teściowi księgowość, listy płac, materiałówki. Po trzech latach zaczęła się polityka domiarów skarbowych.
– Namówiłem teścia, aby skrzyknął się z innymi zakładami i w ten sposób zostałem inicjatorem powołania Spółdzielni Pracy „Ornament” – snuje opowieść. – Ale ponieważ ta praca mnie już nie interesowała, poszedłem do Centrali Rybnej.
Był rok 1949, Bogusław miał dwoje dzieci. Po kursie został głównym księgowym. Mógł spokojnie pracować, ale spokój nie leżał w jego naturze. Powołano go na p.o. dyrektora Zakładów Remontowo-Montażowych Pojazdów – zrezygnował. Po naciskach przyjął posadę w Zakładach Rybnych.
– Tam były niezapłacone pensje i przekroczone limity – tłumaczy. – Postawiłem warunek: jak pójdę siedzieć, to żona i dzieci będą mieć zapewniony byt.
Był rok 1953. Przetwórstwo rybne było dla niego nowością. Po tygodniu jego dyrektorowania kobiety zaczęły strajkować. Dwudziestosześcioletni Bogusław stanął przed protestującymi i oświadczył: – Co bym tutaj nie powiedział, macie prawo mi nie wierzyć. Dajcie mi cztery dni. Jeśli nie zdobędę pieniędzy na wypłaty, to się rozstaniemy.
Pojechał do Warszawy. Postraszył komitetem centralnym. Od ministra wyszedł z pismem, które ratowało zakład.
– Załoga była gotowa w ogień za mną pójść – kwituje. – Ale mnie to już nie interesowało. Dostałem robotę w Fabryce Sprzętu Okrętowego. Zakład także znajdował w trudnej sytuacji. Lokalizacja była pod psem – przy ul. Łady. Odlewnia metali kolorowych truła pobliskich mieszkańców.
PŻM pozbywał się w tym czasie warsztatów okrętowych przy ul. Gdańskiej. Zaproponował przejęcie bazy. W ten sposób powołano do życia Stocznię Remontową „Parnica”.
Nastały lata 70 czas pierwszych strajków. Wziął stronę stoczniowców. Dziesięć lat później postąpił podobnie: wstąpił do „Solidarności”.
– Jestem z przekonania „pepeesiak”, w tym duchu byłem wychowany – tłumaczy.
W roku 1980 Bogusław Sybis przeszedł na emeryturę.
– Wychowałem czwórkę dzieci. Swoje zrobiłem… Odchodząc z „Parnicy” dostałem ster z napisem „Przyjacielowi ludzi pracy”. To mnie chyba najlepiej określa.
Za młodu Bogusław nie lubił swego imienia. Było ciągle przekręcane. Wołali na niego Bobek albo Sławuś. W Szczecinie zamieszkał przy ul. Bogusława X i bardzo mu się to spodobało. Potem, w „Parnicy”, miał zastępcę Bogusława i głównego energetyka Bogusława.
Szczecin był dla niego miejscem burzliwego, aktywnego życia. Czasem wręcz niewiarygodnego. Doczekał się tutaj dziesięciorga wnucząt i siedmiorga prawnucząt. (Nie zapomniałam napisać, panie Bogusławie).


Wystawy 
