Ochrzczony w Odrze
Decyzję o związaniu swoich losów z tym zrujnowanym miejscem przypieczętował – jak mówi – historycznym wydarzeniem. Po przybyciu do Szczecina obmył się w wodach Odry, przeżegnał i postanowił, że zostaje. Miejsce przy ul. Małopolskiej, w którym dokonał swoistego chrztu, nadal istnieje. Jednak nie jest to jedyny zakątek miasta, który budzi wspomnienia o brawurze i głodzie, bohaterstwie i ginących przyjaciołach Bolesława Barwińskiego…
Szczecin był dla niego miejscem schronienia przed NKWD. Któż by przypuszczał, że „Dziki Zachód” będzie ratunkiem od aresztowań byłych
działaczy Batalionów Chłopskich z dawnego województwa warszawskiego. Niełatwa to była ucieczka. Niełatwa też decyzja. Miasto było niebezpieczne, zniszczone, przejmujące grozą.
Członkiem Batalionów Chłopskich został jako 16-letni chłopiec. Po wkroczeniu armii radzieckiej zaczęły się aresztowania NKWD. Trzeba było uciekać. Do Szczecina dotarł 15 sierpnia 1945 r. Jedyne połączenie z miastem wiodło przez drewniany most na Pomorzanach. Pasażerowie wysiadali i szli za pociągiem na wypadek, gdyby most nie wytrzymał. – Widok Szczecina był przerażający – mówi. – Nad Odrą kikuty dźwigów, mostów, wraki statków. Na brzegu rzeki skrzynie, pianina zagrabione i wywożone przez Sowietów.
Pan Bolesław stawił się w PUR (Państwowy Urząd Repatriacyjny) przy ul. Małopolskiej (dziś Mieści się tu Zespół Szkół Sportowych).
– W nocy na PUR napadła zbrojna banda, rozpętała się strzelanina, na szczęście strażnikom udało się odeprzeć atak – wspomina Bolesław Barwiński.
Gdy wśród osadników mieszkających w PUR rozpoczęto nabór do milicji, nie trzeba było nikogo długo przekonywać. Miastu potrzebna była ochrona. Niemieckie jednostki dywersyjne, radzieccy maruderzy, szabrownicy i zwyrodniali własowcy kryli się w ruinach i zagrażali pragnącym stabilizacji obywatelom. Nocami zbyt często słychać było rozpaczliwe krzyki ludzkie: ratunku, milicja, Hilfe! Bolesław też podjął decyzję. Zaczęła się służba. Ubrani w przypadkowe mundury, uzbrojeni byle jak milicjanci początkowo byli skoszarowani w Komendzie Miejskiej przy ul. Piastów (dziś budynki uniwersyteckie).
– Praca była w dzień i noc – opowiada pan Bolesław. – Bez urlopu, bez wyżywienia, bez wynagrodzenia – cały czterdziesty piąty rok. O życiu ludzkim decydowały minuty. Syrena wzywała do akcji. O Szczecinie mówiono „Dziki Zachód” albo „miasto frontowe”. Ludzie masowo ginęli. Zginął mój kolega. Stanął w obronie gwałconej kobiety. Zastrzelił go radziecki żołnierz. Do końca czterdziestego szóstego roku zginęło 40 milicjantów, głównie z rąk Sowietów. Ale o tym nie można było głośno mówić.
Pierwsze pensje płacono dopiero w roku 1946. Wcześniej panował głód. Na szczęście na Gumieńcach było pole ziemniaczane, które wyżywiło wielu w tamtym czasach. Poznaniacy, z którymi mieszkał, piekli „plindze z pyrów”. Do stołówek często nie mieli jak i kiedy dotrzeć.
W styczniu ’46 r. Bolesław został ranny w czasie walki z bandą własowców. Wtedy zginął ich dowódca, pochowany w parku Żeromskiego. Grób kopali koledzy, sami kupili trumnę, zawołali księdza, oddali salwę honorową.
Rannego umieszczono w Szpitalu Miejskim, sprowadzono niemieckiego lekarza, który operował bez znieczulenia i… pod karabinem, dla wszelkiej pewności, że się przyłoży do leczenia. Zrobił, co mógł, lecz rana się wkrótce odezwała, chory przez 3 miesiące dochodził do siebie w Otwocku.
W milicji nie pracował zbyt długo. W 1952 r. został dyscyplinarnie zwolniony, jako wróg klasowy, który zataił przynależność do Batalionów Chłopskich. Pracował aż do emerytury w gastronomii. Ma dwóch synów, czworo wnucząt i czworo prawnucząt. Mecenasem wystawy jest firma „Sowińskiego 72”, która buduje „Osiedle Pionierów” w Szczecinie. Bolesław Barwiński


Wystawy 
