Światowy chłopak
Światowy chłopak – tak mówi o sobie Eligiusz Olbromski. Ojciec zmarł, gdy miał 6 lat. Matka została sama z czwórką dzieci. W czasie wojny pracował w wytwórni barwników do farbowania tkanin. Od tej pracy sam byłem lekko niebieski – śmieje się pan Eligiusz. Miał kilkanaście lat, gdy przedarł się z Rzeszy, w której znajdowała się Łódź, do Generalnej Guberni, czyli do Warszawy. Koniec wojny zastał go w Otwocku. Na piechotę wrócił do Łodzi, do rodziny. Jednak w domu nie umiał się już podporządkować dorosłym – za dużo przeszedł. Zobaczył plakaty agitujące do zasiedlania zachodu. W sierpniu 45 r. już był w Szczecinie. Miał 15 lat.
Gdy milicjanci przyszli do PUR-u zachęcać do wstąpienia w ich szeregi, Eligiuszowi nie trzeba było powtarzać. Chciał mieć broń. Stanął przed obliczem komisji rekrutacyjnej.
– Rocznik? – padło pytanie.
– Trzydziesty – odparł.
– Za młody – usłyszał odpowiedź.
Tak by się skończyły jego marzenia o służbie, gdyby nie koledzy. Namówili go, by trochę podrobił datę urodzenia. Ołówkiem kopiowym przerobił więc rok: „1930” na: „1928”. Wrócił do kolejki, ale nie dotarł przed oblicze komisji. Korytarzem szła akurat dziewczyna niosąca komendantowi obiad na tacy. Jako że był szarmancki, otworzył przed nią drzwi i… znalazł się twarzą w twarz z komendantem… i został jego adiutantem.
Odtąd jeździł wszędzie z komendantem i jego ogromnym dogiem. Samochód komendanta był porządny i miał czerwone obicia.
– Raz miałem pojechać z nim do Berlina – wspomina. – W ostatniej chwili się okazało, że brakuje dla mnie miejsca. Byłem młody, nie mogłem pogodzić się z zawodem, który mnie spotkał i się popłakałem. Zabrali mnie. Berlin był tak samo zrujnowany jak Szczecin. Komendant na rynku kupił mi wysokie skórzane buty, bo zbliżała się zima. Byłem traktowany jak syn, przez jakiś czas nawet mieszkałem u przełożonego.
Potem komendant został przeniesiony do Warszawy, a jego adiutant musiał przejść do plutonu operacyjnego. Było ostro, strzelaniny, akcje. Przy wejściu do komendy od ulicy Łokietka prawie zawsze leżało kilku zabitych.
Praca, choć znaczyła dla niego sporo, nie mogła wypełnić całego życia. Żona kolegi miała samotną koleżankę. Poznali się. Dziewczyna była elegancka, nosiła szpileczki, beret z pomponem. Eligiusz klepał biedę, na randki pożyczał od kolegi buty, by się jakoś prezentować. Do ślubu poszedł już jednak we własnych.
W 1951 r. awansował do Wydziału Kryminalnego. Tak było przez dwa lata, aż w 53 r. został wezwany na odprawę u komendanta wojewódzkiego. Usłyszał coś nieróbstwie, a potem: zwalniam z szeregów MO… i tu padło nazwisko kolegi, który niedawno wziął ślub kościelny, i jego, Eligiusza. Właściwie tylko pomagał koledze w organizacji ślubu, więc nie to było powodem zwolnienia. Podpadł, bo jego rodzina nie była poprawna politycznie: ojciec przedwojenny sędzia, wujek – Antoni Olbromski – sędzia przedwojenny Sądu Najwyższego i naczelnik ZHP w Łodzi, drugi wujek – Eligiusz – ksiądz, pracował we Francji. (Wujek w czasie wojny trafił do obozu w Dachau, jego dwie siostry ślubowały, że jeśli Bóg go ocali, one nie wyjdą za maż. Wujek ocalał, siostry ślubu dotrzymały).
Zatrudnił się w Baltonie, gdzie był kierownikiem magazynu artykułów przemysłowych. Po roku wypłynął na głębokie wody – dosłownie i w przenośni. Został stewardem na statkach handlowych, potem awansował na ochmistrza. Z początku pływał na krótkich liniach, ale stopniowo rejsy się wydłużały. Mimo że dzięki pływaniu dobrze mu się powodziło, nie to było dla niego najważniejsze.
– Wracam kiedyś do domu, a żona pyta, gdzie zamustrowałem – wspomina. – Odpowiedziałem, że w domu. Tak skończył z pływaniem. Do emerytury przepracował na stacji paliw PKS.
Życie niestety bywa przewrotne. Pan Eligiusz, który dla rodziny był w stanie wiele poświęcić, dziś mieszka samotnie. Owdowiał, syn z rodziną wyjechał z kraju i zmarł na obczyźnie. Wnukowie mieszkają w Australii. Niedawno urodził się pierwszy prawnuk. Pan Eligiusz wybiera się w podróż na antypody, by ujrzeć kolejnego potomka swego rodu. Był światowym chłopakiem, teraz musi być światowym pradziadkiem.


Wystawy 
