Kolejarz z Dąbia
Czasy nie były ciekawe dla mieszkania, dla życia… Ale człowiek do wszystkiego się przyzwyczai, i do odważności też – twierdzi Jan Kozieł. W Szczecinie musiał się mocno do „odważności” przyzwyczaić. Bo trzeba zachować zimną krew, gdy na ulicy żołnierze celują do człowieka z broni krzycząc ubiju!. Albo wypadają z wagonów ustawionych na bocznicy, pijaniusieńcy biegają wkoło, strzelają, a potem… tańczą kozaka.
Pan Jan widział niejedno – pracował na dworcu w Dąbiu. – Ciekawe to było życie, tylko nie bardzo przyjemne – ocenia pionierskie czasy.
Do pracy na kolei zgłosił się 1 lutego 1945 roku. Miał 20 lat i wyobrażał sobie, że będzie dobrze zarabiał, jak przedwojenni kolejarze. Srogo się zawiódł. Nie dość, że ciężko pracował, to jeszcze skierowano go bez pytania o zdanie na zachód. Gdyby mógł wybierać, chciałby pracować bliżej domu. Miał tu być 3 miesiące, a został na całe życie.
W Szczecinie zgliszcza, nie było sklepów, trzeba było szukać kawałka chleba. Wielu ludzi nie wytrzymywało biedy i życia w ciągłym zagrożeniu. Chcieli wracać w rodzinne strony. Ale kolej zmilitaryzowano. Pan Jan mimo wszystko pojechał do domu, wiedząc, że jeśli nie wróci, będzie ścigany za dezercję. Pokazuje nam pożółkły dokument, gdzie napisano, że na 9 dni samowolnie opuścił stanowisko pracy. Na szczęście Wojskowy Prokurator Polskich Kolei Państwowych zdecydował na podstawie amnestii, że ów godny potępienia czyn „puszcza się w niepamięć i przebacza”.
Prawa część Szczecina była równie mocno zniszczona jak centrum miasta. Chodniki były częściowo odgruzowane, aby można było przechodzić. Domy pozostawione przez Niemców były rozgrabiane, szabrownicy i Rosjanie zabierali wszystko, co się dało, a czego nie dali rady zrabować – niszczyli, odzierali z tapicerki, palili. Pan Jan musiał na własną rękę poszukać schronienia w tym nieprzystępnym miejscu. Najpierw był to pokoik na strychu, przez małe okienko ledwie docierało tu światło, a że panowały wrześniowe szarugi, to atmosfera daleka była od optymistycznej. Potem z trzypokojowego umeblowanego mieszkania przy ul. Gryfińskiej wyprowadzali się szabrownicy i odstąpili je za… wódkę. Pan Jan pracował jako nastawniczy i zwrotniczy. Pociągi, jakie wtedy jeździły, nie miały najczęściej szyb w oknach ani drzwi. Z Dąbia do Szczecina jechało się najmniej godzinę. Z początku pracowało się nawet 300 godzin w miesiącu. Bez zapłaty. Mundurów wtedy nie dawali. Trzeba było mieć swoją odzież.
Pan Jan miał dwa koce – jeden, aby się okryć, drugi, aby się na nim położyć. Była wprawdzie stołówka, gdzie Niemki gotowały zupy, ale po prawdzie nie miały z czego gotować. Kolejarze dostawali kawę rano i wieczorem (rzecz jasna, zbożową). Na torach też pracowali Niemcy.
– Były wśród nich takie śliczne dziewczyny. Kiedy dyżurny ruchu zwolnił je z pracy, bo wyjeżdżały do Niemiec, niejednemu mężczyźnie łza się w oku zakręciła – wspomina pan Jan.
Z czasem człowiek się przyzwyczajał do trudnych warunków, przywiązał się do miasta. Pracować trzeba wszędzie, a w rodzinnym domu brakowało miejsca. W piekarni przy ul. Goleniowskiej, gdzie kupował chleb, poznał żonę. Jeśli nachodziły go ponure myśli, mówił sobie: czemu się smucisz, gdzie ci będzie lepiej, tu masz wolność, czego ci jeszcze trzeba? Także i na zabawę znalazł się czas i ochota. Nad Jeziorem Dąbie stał ładny barak, w którym odbywały się występy i potańcówki. Można było wypożyczyć łódki.
Niedostatek wykorzystywało UB, werbując do pracy. Pana Jana też zawołali na rozmowę: Możecie przyjść do nas, dostaniecie wszystko – od pościeli po ubranie.
– Ale to trzeba było ludzi kapować – mówi pan Jan. – Więc ja na to, że nie wiem, czy się wywiążę , że chcę, aby władza ludowa była ze mnie zadowolona, a mam upodobanie do pracy, którą wykonuję.
Udało mu się wykręcić od ubecji. Pracując na kolei, w spokoju sumienia, doczekał emerytury. Ma troje dzieci, sześcioro wnuków i jednego prawnuka. Mówi, że


Wystawy 
