Pożarnik na lądzie i morzu
Jeśli się ma wspaniałego ojca, niezłomnego i silnego człowieka, przedwojennego strażaka, to trudno nie pójść w jego ślady. Trudno nie pojechać za nim na koniec świata, choćby… na „Dziki Zachód”. Tym bardziej, jeśli na „Dzikim Zachodzie”, czyli w powojennym Szczecinie, ojciec zostaje pierwszym komendantem Wojewódzkiej Straży Pożarnej.
Janusz Pągowski miał ledwie 17 lat, gdy wraz z ojcem, pułkownikiem Stanisławem Pągowskim i grupą poznańskich strażaków przyjechał na zachodnie krańce dopiero co niepodległej Polski. Piętnastu śmiałków przyjechało tamtego lata ’45
roku, by zorganizować przeciwpożarową ochronę miasta. Nie wszyscy zostali. Trudno w to uwierzyć, ale dla młodego Janusza Szczecin był najpiękniejszym miastem. Gdzie on wśród gruzów dojrzał to piękno, nie wiadomo. Ale został.
Ojciec, warszawski strażak, po wojnie dostał przydział służbowy do Szczecina. Janusz chciał mu towarzyszyć. Strażacy zajęli budynek przy dzisiejszej ul. Grodzkiej. Ich wyposażenie stanowiły samochody nazywane hulajnogami (miały jedno koło z przodu), autopompa i poniemiecki mercedes.
– Było niebezpiecznie. Powybijane szyby, trzaskające drzwi, na każdy hałas człowiek kulił się w sobie. Strach było samemu wyjść na ulicę. Można było nie wrócić. Wychodziliśmy w kilku, z bronią – opowiada.
Kiedy przyszedł rozkaz komendanta wojennego nakazujący Polakom opuszczenie Szczecina, Janusz wraz z ojcem pojechał do Stargardu. Stamtąd powrót do rodzinnej Warszawy na dachu pociągu. Z Warszawy pojechali do Koszalina, gdzie zajęli ładną willę. W lutym ’46 r. wrócili z wojewodą Leonardem Borkowiczem do Szczecina.
– Byłem pod Urzędem Wojewódzkim, gdy na gmach wciągano polską flagę – wspomina. – Dwóch panów zagrało hymn na trąbkach, nie bardzo im to wychodziło, ale poczuliśmy się jak u siebie. Choć dziwne to uczucie – tu flaga i hymn polski, a na dole przy Wałach Chrobrego wanny, muszle klozetowe, maszyny do szycia, do pisania, pianina, słowem, wszystko co się tylko dało, Rosjanie wywozili z miasta.
Gdy było bezpieczniej, przyjechała matka z młodszymi dziećmi. Wtedy strażacy z rodzinami osiedlali się na dawnej ulicy Orląt (dziś Bohaterów Getta Warszawskiego). Mieszkali tam nawet wówczas, gdy ojciec dostał przydział na willę na Pogodnie. Tam było niebezpiecznie, środkowa część mostu Akademickiego leżała na torach kolejowych. Żeby się dostać na drugą stronę, trzeba było zejść na dół, a tam czyhali złoczyńcy.
Pracując w straży poznał żonę Irenę.
– Jej ojciec, też pożarnik, poznał mnie z córką – mówi pan Janusz.
– A to nie było czasem na zabawie pożarniczej? – pyta pani Irena. Śmieją się do siebie i do wspomnień.
Pani Irena pochodzi z Poznania. Przyjechała do Szczecina za ojcem.
– Jak szłam do szkoły, to jeszcze trupy leżały tu na ulicach – opowiada. – Za to na całej długości al. Piastów kwitł handel. Bez przerwy był czyn społeczny, żeby gruz odgarniać.
Młodzi zmęczeni wojną, tęsknili za zabawą, miłością, normalnymi atrybutami młodości. Janusz i Irena chadzali na romantyczne spacery po Wałach Chrobrego. Bywali w kinie, ale żeby wejść na seans, musieli stać parę godzin w kolejce po bilety. Chodzili do Pioniera i Bałtyku. Kina zaczęły działać już w ’46 r. Pani Irena ciepło wspomina szkołę tańca przy placu Odrodzenia.
Pewnie Janusz Pągowski pracowałby przez długie lata w Straży Pożarnej, ale… słabo płacili, a rodzinę trzeba było utrzymać. Jako oficer pożarnictwa na statkach opłynął kawał świata. Udało się dobić do spokojnej przystani – ciepłego rodzinnego domu.


Wystawy 
