W służbie Szczecinowi
Pamiętaj, szanuj się i uważaj na siebie – powiedział ojciec młodemu Kazimierzowi Hyncowi w czerwcu 1945 roku. Matka tylko płakała. Jak chcesz, to jedź – mówiła zrezygnowana. Wyjazd syna na Ziemie Odzyskane nie był łatwy dla rodziców. Rodzinie udało się przetrwać wojnę, a tu syn znów się pcha w kłopoty i niebezpieczeństwo. Ale młodość rządzi się swoimi prawami. Kazimierz przybył do Szczecina razem z grupą milicjantów z Poznania. Powitało ich zrujnowane miasto, głód i bieda. Tylko przygód było pod dostatkiem, choć większość miała wymiar tragiczny. I w tragicznych okolicznościach Kazimierz poznał
swoją żonę. Na szczęście – parafrazując przysłowie – to były złe dobrego początki.
Z Gumieniec poszli na Wały Chrobrego, gdzie zostali tymczasowo zakwaterowani. Po kilku dniach pojawił się kapitan, ale nie miał dla swoich zmęczonych i głodnych podwładnych nic poza gorącą zupą z koniny. Dla pana Kazimierza zaczęła się służba, w czasie której przemierzył chyba calusieńki Szczecin. Najpierw został skierowany na Warszewo, ale stacjonujący tam garnizon wojsk radzieckich zażądał bumagi od grażdańskiej milicji. Bumagi nie było, milicja musiała się wynosić. Wrócili więc na Wały Chrobrego, dostali skierowanie, znów powędrowali na Warszewo. Patrolowali tamtejsze wzgórza, z poniemieckimi domkami – wymarzonym terenem dla grasujących szabrowników. Tam poznali Niemkę, która smacznie gotowała. Wkrótce zawiązał się między polskimi milicjantami a niemiecką gospodynią niepisany pakt: ona gotowała domowe, pachnące obiady, a oni starali się, aby miała co włożyć do garnka. Pan Kazimierz był w pewnym okresie zaopatrzeniowcem, jeździł konno i starał się o różne wiktuały od gospodarzy. Na święto milicji dostali kiedyś worek mąki od młynarza.
– Początkowo panował zgoda, bo i Niemcy byli głodni i my – mówi. – Pamiętam masarnię przy ul. Krasińskiego. Była pod kontrolą Rosjan. Niemcy stali w kolejce, przynosili obrączki, byle tylko ktoś im rzucił jakiś ochłap.
Głód jest strasznym przeżyciem – panu Kazimierzowi drży głos na wspomnienie tych nieludzkich czasów.
– Ludzie grasowali po piwnicach, Niemki żebrały – wspomina. – Własowcy napadali na ludzi w biały dzień, wpadali do tramwajów i żądali pieniędzy.
Zakwaterowani byli wówczas w IV Komisariacie MO przy ul. Słowackiego. Patrolowali rejon Pilchowa, Głębokiego. Spory kawałek drogi musieli co dzień pokonywać. Nieobce są mu też tereny Osowa, Niebuszewa, Śródmieścia, Nad Odrą, Pogodna.
W 1947 r. oddelegowany został do szkoły milicyjnej w Słupsku.
Rok później w Lasku Arkońskim został zamordowany milicjant, jego kolega. Powiadomiono rodzinę, pogrzeb miał się odbyć w rodzinnym mieście zamordowanego – Lesznie. Aby załatwić smutne formalności, do Szczecina przyjechała siostra zmarłego – 22-letnia Pelagia. Co tu dużo mówić – spodobała się Kazimierzowi. Okoliczności poznania tragiczne, ale miłość potrafi się pojawić w najmniej oczekiwanym momencie. Po roku żałoby odbył się ślub Kazimierza i Pelagii – również w Lesznie. Kościelny, już wówczas zakazany przez władzę ludową. Do Szczecina przyjechała w ’49 r.
– Jak się zmieniały układy polityczne, tak było i w policji. Obok IV komisariatu był kościół – nadal tam zresztą jest. Na początku w każdą niedzielę była zbiórka i chodziliśmy wszyscy do kościoła – wspomina pan Kazimierz. – Potem nadszedł okres umacniania władzy ludowej. Jeszcze gdy byłem w szkole oficerskiej, do kościoła chodziły całe kompanie. Ci, co nie poszli, sprzątali w koszarach. Ale już jak się do kogoś powiedziało „pan”, a usłyszał to dowódca, to mówił, że panowie są w Londynie, tutaj sami towarzysze.
Pan Kazimierz przepracował w milicji, a potem policji 45 lat. Pracował w prewencji, był też inspektorem ds. dzielnicowych w Śródmieściu. Nieraz aresztantom oddawał własne śniadanie. Starał się przestrzegać słów ojca: szanuj się. Starał się być przyzwoitym człowiekiem.


Wystawy 
