Oczami dziecka
Stefan Piotrowski jest… stosunkowo młodym pionierem. Do Szczecina przyjechał jako 11-letni chłopiec, wraz z całą swoją rodziną. Widział zniszczone miasto dziecięcymi oczami. Ogarniał je dziecięcym umysłem. Czy aby na pewno dziecięcym? Czy dziecko, które jest świadkiem wojennych okrucieństw, niemieszczących się w ludzkim pojmowaniu, nadal jest dzieckiem? Czy też musiało dorosnąć w nienaturalnie szybkim tempie, aby przetrwać i zrozumieć to, co nie jest możliwe do zrozumienia?
W każdym razie Stefan chłonął swoje nowe miasto wszystkimi zmysłami. Ojciec Stefana,
również Stefan, przedwojenny księgowy, przyjechał do Szczecina przygotować miejsce dla rodziny.
W rodzinnej Warszawie nie było do czego wracać. We wrześniu ’45 r. zamieszkali na rogu ul. Krzywoustego i Bolesława Śmiałego. W tej kamienicy od 1945 roku działał zakład fotograficzny, który istnieje do dzisiaj. W narożniku znajdował się sklep spożywczy. Gdy mama chciała kupić chleb, nie musiała wychodzić na ulicę, szła schodami do sąsiada na zakupy.
Dużo było wówczas wolnych mieszkań. W wielu stały jeszcze garnki na kuchniach. Niemcy w pośpiechu opuszczali domostwa. Osadnicy chodzili po mieszkaniach i brali, czego potrzebowali do rozpoczęcia nowego życia. Po zmierzchu lepiej było wcale nie wychodzić z domu, bo po ulicach grasowali podchmieleni Rosjanie. Za dnia dzieci z Krzywoustego i okolic ganiały się na skwerze u zbiegu ulic Sikorskiego i Bohaterów Warszawy. Stały tam nowoczesne, jak na tamte czasy, zabudowania. W podwórkach były ogrody, gdzie dzieci grały w piłkę, czy raczej gałgana, który miał piłkę imitować. Równie dobrym miejscem na zabawę była pusta wówczas ulica Krzywoustego.
Dzieciaki bawiły się, albo z zapartym tchem obserwowały kolumny nowo przybyłych do miasta, które przemieszczały się z Gumieniec ulicą Ku Słońcu, Sikorskiego, potem obok domu Piotrowskich. Czasem na placu Kościuszki ustawiał się żołnierz na motocyklu – harleyu, za nim wojskowe jeepy, które kierowały całym konwojem.
Po wojnie było bardzo kiepsko z wyżywieniem. Ojciec podejmował się prowadzenia księgowości u rzemieślników: piekarzy, rzeźników, od nich dostawał żywność. Chleb z cukierni na rogu Piastów i Jagiellońskiej był najlepszy na świecie.
Pierwsza szkoła powstała przy al. Piastów. Kierowała nią Janina Szczerska, i inaczej, jak „u Szczerskiej”, o szkole nie mówiono. Czwórka rodzeństwa Stefana chodziła do Szczerskiej, on też tam się uczył przez rok, potem ojciec przeniósł go do ćwiczeniówki przy Bolesława Śmiałego. Placówka podlegała średniej szkole pedagogicznej, początkujący nauczyciele nabierali tu pedagogicznych szlifów. Uczniowie stali w kolejce, by otrzymać pajdę chleba, musieli też łyknąć łychę tranu. Stefan lubił tran i często ustawiał się w kolejce dwa razy. Na pierwszą kolonię pojechał do Międzyzdrojów. Dzieci jadły tam przede wszystkim prowiant z paczek UNRRA – szynkę i pasztety z puszek, skondensowane soki.
W szkole średniej przy ul. Henryka Pobożnego Stefan miał kolegę, którego rodzice założyli sklep z błyskotkami „Ozdoba”. Dzięki pieniądzom tego kolegi chłopcy wiedli ciekawe życie. –
Chodziliśmy na wszystkie sztuki w Teatrze Polskim. Przy ul. Swarożyca było kino, byłem na pierwszym bodaj filmie wyświetlanym w Szczecinie pt. Zdobycie Berlina. Także na Swarożyca organizowane były różne imprezy sportowe. Pamiętam mecze bokserskie.
Szczecin miał bardzo mocną drużynę bokserską. Szczecin długo nie mógł się podźwignąć z ruin. Polityczne rozgrywki utrudniały sprawną odbudowę. Towarzysze radzieccy wywieźli wyposażenie fabryk.
Młody Stefan został elektrykiem i przepracował większość życia jako główny energetyk na wielkich budowach, dzięki którym powstały najważniejsze obiekty w Szczecinie. Miał wkład w budowę Polic, budynków dydaktycznych Politechniki Szczecińskiej, gmachu Akademii Handlowej przy ul. Mickiewicza, Telewizji Polskiej, budynku przychodni Portowej (stoi na betonowych palach) i Kolejowej.


Wystawy 
