Osadnik z Piekiełka
Władysława Kaczerskiego do pracy w Szczecinie skierowała Warszawska Dyrekcja PKP. Nikt nie pytał go o zdanie. Wtedy kolej zmilitaryzowano, a samowolne oddalenie się z miejsca pracy traktowano jak dezercję. Kiedy razem z kolegami przybyli na miejsce, wielu chciało stąd uciekać. Było niebezpiecznie i biednie. Czemu więc Władysław został? Bo założył tu sobie działkę, dostał mieszkanie, ożenił się. Wydawało się, że będzie dobrze. A jako skromny i pracowity człowiek zadowolił się skromnym i pracowitym życiem. Mieszka niezmiennie w tej samej kamienicy przy ul. Nad Odrą, bez łazienki i toalety, uprawia ten sam
skrawek ziemi nieopodal domu.
Do Szczecina dotarł pociągiem towarowym. – Nawet nie próbowałem ucieczki. Gdy przyjechałem, byłem kawalerem, nie miałem nic do stracenia – zaczyna opowieść.
Pochodzi z wioski Piekiełko, powiat Mława. 8 sierpnia 1945 r. los rzucił go na „Dziki Zachód”. Zakwaterowany był na Dworcu Głównym, nad sklepami. W każdym pokoju były dwie – trzy osoby, każdy dostał koc do spania. Sowieci, którzy chodzili brzegiem Odry, dla rozrywki strzelali im w okna… O jedzenie musieli się martwić sami. Dopiero później na dworcu zorganizowano stołówkę. Wikt osadników nieco się poprawił, gdy do miasta zaczęły docierać paczki amerykańskie, a w nich wędliny, konserwy, słodycze.
Pan Władysław został zatrudniony w służbie ruchu – był nastawniczym na nastawni wykonawczej. W 1948 r. otrzymał mieszkanie.
– Jestem człowiek pracowity, więc szybko skopałem kawał pola niedaleko domu, wybudowałem murowany garaż w podwórzu. I poznałem dziewczynę, z którą się ożeniłem – wspomina.
W pionierskich opowieściach to takie proste: poznałem dziewczynę i się z nią ożeniłem. Po latach niepewności o życie młodzi musieli bardzo tęsknić za normalnością. Nie chcieli żyć samotnie, chcieli mieć kogoś bliskiego i – daj Boże – szybko usłyszeć śmiech dzieci. Błyskawicznie zakładali rodziny, które zresztą trwały przez kolejne dziesięciolecia, wielu otrzymało medale od prezydenta RP za wspólnie przeżyte 50 i więcej lat.
Z żoną pana Władysława, Jadwigą, było tak: młody Władysław wpadł na kielicha do kolegi, który mieszkał przy ul. Pocztowej. W tej samej kamienicy mieszkała samotna dziewczyna. Uczynni koledzy od razu skojarzyli młodych. Poznali się i spodobali. W 1948 r. odbył się ich ślub w kościele przy Pocztowej. Nie było hucznego wesela ani weselnej wódki. Władysław naszykował bimbru z cukru, przyjęcie odbyło się w mieszkaniu siostry panny młodej. Nie było wielu gości, ani zbyt dużo jedzenia. Ale muzycy z orkiestry kolejowej dopisali. I garnitur był jak należy, bo na bazarze od Niemców można było bez problemu kupić.
Urodziło się im czworo dzieci, jedno zmarło niedługo po urodzeniu. On pracował cały czas na kolei. W latach 70. złożył podanie na kurs adiunktów, został przyjęty, miał nadzieję trochę poprawić byt rodziny. Ale naczelnik go wezwał i powiedział: panie Kaczerski, może pan oczywiście brać udział w kursie, ale we własnym zakresie. Z pracy nie będzie pan urlopowany, bo czynnik polityczny się nie zgadza.
Jako bezpartyjny nie mógł liczyć na poparcie czynnika. A nie wstąpił do partii, bo mu się nie podobało to, co się w Polsce działo. Pracując w systemie zmianowym nie mógł chodzić „we własnym zakresie”. Został na stanowisku starszego nastawniczego


Wystawy 
