Kiedy 30 kwietnia 1945 roku na maszt na Wałach Chrobrego w Szczecinie oficjalnie wciągano biało-czerwoną flagę, w mieście przebywało zaledwie 200 Polaków. Ruch migracyjny zaczął się nasilać dopiero po kilku miesiącach początkowego okresu niepewności co do przyszłej przynależności miasta, a z całą mocą wybuchł w lipcu – po słynnej odezwie prezydenta Zaremby.

Padły wówczas słowa zapewnienia: „W dniu 6 VII br. nastąpiło objęcie miasta Szczecina przez Rzeczpospolitą Polską. Szczecin jest polski!”. Do końca lat 40. w Szczecinie mieszkało już prawie 180 tysięcy Polaków, a na początku lat 60. – niecałe 280 tysięcy. W niemal doszczętnie zniszczonym przez działania wojenne mieście znalazło się miejsce nie tylko dla ludzi odbudowujących je z ruin czy świadczących usługi niezbędne w codziennej egzystencji. Wśród rzeszy robotników byli także przedstawiciele kultury, sztuk pięknych, literatury, teatru, prasy i radia, z różnych względów przybyli na ziemie Pomorza Zachodniego.

Już w styczniu 1946 roku otwarto radiostację Polskiego Radia, a pięć miesięcy później – scenę Teatru Polskiego. Powojenny wojewoda szczeciński Leonard Borkowicz konsekwentnie realizował swój plan wskrzeszenia artystycznego życia miasta, sprowadzając do Szczecina plastyków i literatów w ramach akcji tzw. „osadnictwa kulturalnego”. Przybyłych lokował z reguły – zgodnie z obietnicą „ładnych domków z ogródkami” – w poniemieckich willach na Pogodnie lub w okolicach Jeziora Głębokiego. Zapewniał im też wsparcie materialne, umożliwiał odzyskanie lub odbudowanie utraconego w wojennej zawierusze księgozbioru. W zamian pisarze mieli aktywnie uczestniczyć w procesie polonizacji ziem zachodnich.

Jednym z pierwszych zamieszkałych w Szczecinie, jeszcze w 1945 roku, był urodzony pod Wilnem prozaik, dramaturg i poeta Tymoteusz Karpowicz, autor poezji lingwistycznej, nazywany ostatnim wielkim polskim modernistą. Przybywszy na Pomorze wraz z całą swoją kresową wsią, trafił najpierw do Lęborka. Następnie, za sprawą rekomendacji od znajomego z „Prawdy Wileńskiej”, w której opublikował dotychczas jeden wiersz, został skierowany do pracy w szczecińskiej rozgłośni radiowej. Choć ze Szczecinem związał się na zaledwie cztery lata, był to dla niego czas niezwykle ważny. Tutaj bowiem debiutował zarówno jako prozaik – książką Legendy pomorskie, jak i jako poeta – w 1948 roku wydał tom wierszy Żywe wymiary. Jego twórczość poetycka jest niezwykle skomplikowana, wręcz zakodowana, trudna do odczytania nawet dla badaczy. Autor dążył do stworzenia liryki wolnej od jakiejkolwiek logiki, a opartej jedynie na zawiłościach semantyki językowej. W 1949 roku opuścił Szczecin, by rozpocząć studia polonistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim. Tam zrobił karierę naukową (obronił tytułu doktora) i literacką (publikował, został prezesem oddziału Związku Literatów Polskich, był szefem działu poetyckiego miesięcznika „Odra”, zajmował się promocją młodych talentów – to dzięki niemu świat poznał nazwisko m.in. Rafała Wojaczka). W 1973 roku wyjechał na stypendium do Stanów Zjednoczonych, pracował na Uniwersytecie Illinois w Chicago, do Polski nigdy już nie wrócił.

Rok 1946 przyniósł napływ do Szczecina kolejnych utalentowanych literatów. W mieście osiedlili się: Stanisław Telega – krakowski pisarz i publicysta, później wieloletni dyrektor programowy Polskiego Radia Szczecin; Stanisław Szydłowski – poeta, autor literatury dla dzieci, twórca tekstów piosenek (w tym znanych: Szczecińskie noce, Kocham Szczecin); Walerian Lachnitt – wybitny krytyk literacki i teatralny, wieloletni kierownik i dyrektor artystyczny szczecińskich teatrów, w późniejszym okresie związany z Trójmiastem i gdańskim Teatrem Wybrzeże. Przybył również Jan Papuga – pisarz, lecz przede wszystkim marynarz. Za młodu ubogi robotnik łódzkiego przemysłu, potem pracownik marynarki wojennej i floty handlowej, wykonujący pod pokładem najcięższe prace, po debiucie w 1942 roku prozaik-marynista. Człowiek, który swym życiorysem mógłby obdarzyć kilka osób, postać niezwykle barwna, ale i osobliwa. Ze Szczecinem związany do swojej śmierci w 1974 roku, odznaczony nagrodą miasta Szczecina, pochowany w kwaterze zasłużonych Cmentarza Centralnego.

Papuga do Szczecina przyjeżdżał wielokrotnie, by w końcu osiąść na stałe. Jego krępa postać, zawsze w kolorowej koszuli, spłowiałych krótkich spodenkach i sandałach, z małym chlebakiem przewieszonym przez ramię, wrosła w krajobraz miasta. Po trosze po prostu dziwak i włóczęga, po trosze jednak ekscentryczny artysta-samouk. Nazywano go Nikiforem literatury, porównywano do Jacka Londona. Skończył tylko sześć klas, jednak książki i życie uważał za najlepszą szkołę. Jego debiutowi literackiemu patronował sam Antoni Słonimski, a wielu innych pokładało w nim wielkie nadzieje. Pisanie jednak nigdy nie szło mu lekko, chociaż bardzo pragnął żyć wyłącznie z tego. Po pierwszej książce na kolejną trzeba było czekać aż 20 lat. Pozostałe wydane zostały już po jego śmierci, opracowane na podstawie licznych pozostawionych notatek. Za dobrych powojennych czasów udzielał się w 13 Muzach, w Klubie Marynistów, często występował w ramach odczytów, prasa drukowała jego nowelki i wywiady, zresztą chętnie ich udzielał. Stał się poniekąd symbolem miasta, wtopił się w szczecińską cyganerię artystyczną. Dziś jest patronem jednej z ulic na Gumieńcach. Za życia miał wiele pomysłów, w większości jednak zwariowanych i niemożliwych do zrealizowania. Chciał założyć spółdzielnię rybacko-literacką na wyspie Karsibór, gdzie pisarze mieli żyć z połowu ryb, a w wolnym czasie tworzyć niczym nie niepokojeni, w iście rajskich okolicznościach przyrody. Następnie planował otworzyć w Bieszczadach faktorię literacką, gdzie literaci wypasaliby owce i bydło. Jeszcze później kupił rybakówkę nad Zalewem Szczecińskim, żeby stworzyć w niej dom pracy twórczej Związku Literatów Polskich. Wszystko to były tylko marzenia bez pokrycia. Chciał przejść na piechotę Afrykę w poprzek. Wyprawę nawet rozpoczął, szybko jednak zakończył ją w kameruńskim areszcie. Po deportacji do Polski mieszkał krótko w Barlinku. Klęski kolejnych marzeń i ciężka choroba przyniosły załamanie psychiczne. Papuga – niegdyś dusza towarzystwa – odsunął się od przyjaciół, zamknął w sobie i w biednym mieszkaniu na poddaszu przy ulicy Małopolskiej. Dziś jego twórczość ceniona jest przede wszystkim za autentyczność i pewną ulotną metafizykę. Nieco naiwna, barwna jak gawędy, weszła do kanonu literatury marynistycznej.

W tym samym roku, w którym w Szczecinie osiadł Jan Papuga, do miasta przybyła także Maria Boniecka – pedagożka, pisarka i publicystka szukająca bezpiecznej przystani po ucieczce przed represjami za działalność konspiracyjną w Armii Krajowej. Zdawało się, że znajdujący się na geograficznym i politycznym uboczu, trochę „egzotyczny” Szczecin nadawał się do tego doskonale. Boniecka zamieszkała przy ulicy Majowej 42. Została zatrudniona jako nauczycielka języka polskiego w „Pobożniaku” (II Państwowym Gimnazjum Męskim przy ulicy Henryka Pobożnego w Szczecinie). Później wykładała język polski na Studium Przygotowawczym przy Politechnice Szczecińskiej. W 1959 roku otrzymała Nagrodę Literacką Miasta Szczecina. Była też redaktorką naczelną tygodnika „Ziemia i Morze”. I to właśnie za publikowanie w czasopiśmie treści – według partii – nieprawomyślnych została w latach 60. objęta zakazem druku. Rozpoczął się okres szczecińskiej udręki: kolejne zwolnienia, prześladowania przez Służbę Bezpieczeństwa, dokwaterowanie do jej domu agresywnego sublokatora, bijatyki, groźby, sprawy sądowe. Ostatecznie Boniecka emigrowała do Australii, do syna, gdzie zmarła w 1978 roku.

Rok 1947 był przełomowy dla akcji „osadnictwa kulturalnego”. To również czas przyjazdu do Szczecina Witolda Wirpszy wraz z żoną Marią Kurecką i rocznym synem. Były żołnierz, uczestnik kampanii wrześniowej, po wojnie zajmował szereg stanowisk publicznych. Szczecinowi przysłużył się znacznie na wielu polach: uratował sporo cennych zbiorów Książnicy Pomorskiej, zapobiegł dewastacji i ograbieniu nowo odkrytych grobowców książąt pomorskich, współtworzył świetlice, kluby i koła artystyczne, stał się samorodnym organizatorem życia literackiego, przejął część zadań związanych ze sprowadzaniem do Szczecina i osiedlaniem tu kolejnych pisarzy. To dzięki niemu do miasta na ponad trzy lata przybył Wiktor Woroszylski – pisarz, tłumacz, autor utworów dla młodzieży, jeden z czołowych przedstawicieli środowiska tzw. pryszczatych (młodych literatów tworzących w doktrynie socrealizmu). Swoje poglądy polityczne całkowicie zrewidował po rewolucji węgierskiej w 1956 roku, będąc jej naocznym świadkiem.

W życiorysie Wirpszy także odnaleźć można wątek romansu z komunizmem, od którego zdystansował się po wydarzeniach w marcu 1968 roku. Po nałożeniu na niego zakazu publikacji wyemigrował najpierw do Szwajcarii, a potem do Niemiec. Do śmierci mieszkał w Berlinie jako obywatel niemiecki. W okresie szczecińskim (1947–1956) był kierownikiem Wydziału Kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej i redaktorem szczecińskiej rozgłośni Polskiego Radia. Poza utworami poetyckimi i prozatorskimi zajmował się tłumaczeniami. Razem z żoną Marią (również pisarką) przetłumaczył na język polski klasyczne dzieła, m.in. Doktora Faustusa Thomasa Manna, Marię Stuart Fryderyka Schillera czy Śmierć Wergiliusza Hermanna Brocha. Jego syn, Leszek Szaruga – późniejszy pisarz i tłumacz – w swoich wspomnieniach tak opisuje ich szczecińskie domostwo:
Piękne jest Głębokie i piękna była poniemiecka willa przydzielona nam przez władze miasta, a przydzielano je dość ochoczo, jako że ówczesny wojewoda szczeciński czynił wszystko, by do miasta ściągnąć ludzi pióra i innych narzędzi artystycznych, miał bowiem ten człowiek ambicje uczynienia ze Szczecina przygranicznego i silnego centrum kultury narodowej. […] Dom był rodzajem wczasowiska dla pisarzy, którzy byli przyjaciółmi rodziców [L. Szaruga, Podróż mego życia, Szczecin 2010, s. 10–15].

Rzeczywiście, przede wszystkim za sprawą Wirpszów oraz przybyłych do Szczecina w 1948 roku Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Jerzego Andrzejewskiego, Głębokie stało się siedzibą lokalnej bohemy artystycznej. W odwiedziny wpadali tu miedzy innymi Tadeusz Borowski, Tadeusz Różewicz, Andrzej Braun, Czesław Miłosz, Władysław Broniewski, Maria Dąbrowska, Jarosław Iwaszkiewicz z żoną Anną, Papusza, Ewa Szelburg-Zarembina, Adam Włodek czy Wisława Szymborska. Dwoje ostatnich planowało nawet dłuższy pobyt na Pomorzu, niestety, ze względu na brak wsparcia finansowego od władz plany te nie zostały nigdy zrealizowane. Okolice Jeziora Głębokiego – położone na uboczu, z dala od centrum miasta, otoczone lasem, zatopione w malowniczej przyrodzie i tym samym odcięte nieco od cywilizacji – idealnie nadawały się do stworzenia tu „literackiej komuny”, gdzie przy winie i muzyce można było prowadzić całonocne rozmowy o sztuce, książkach i filozofii.

Na fali popularności rozrastającej się szczecińskiej osady literackiej w mieście osiedlili się także Kazimierz Błahij – publicysta i pisarz, redaktor naczelny „Ziemi i Morza”, kierownik „Głosu Szczecińskiego”, związany z miastem do początku lat 60, kiedy to przeprowadził się do Warszawy, oraz Franciszek Gil – pisarz i reportażysta znany przede wszystkim z zajmowania się w swojej twórczości problemami wsi, rolnictwa i wspólnot chłopskich. Postać nieco zapomniana, choć ważna dla Szczecina. Przybył tu z Krakowa, gdzie przyjaźnił się m.in. z Tadeuszem Różewiczem. Zamieszkał pod adresem Agnieszki 4 (dziś ulica nosi jego nazwisko). Całe dnie spędzał nad Odrą, na terenach portu i odbudowujących się stoczni oraz huty. Fascynował go rytm industrialnych części miasta, ale lubił też samotne wędrówki po bezdrożach, może dlatego tak blisko przyjaźnił się z Janem Papugą. Podczas częstych podróży po Pomorzu Zachodnim odwiedził i opisał Recz, Świnoujście, Wolin, Stepnicę, Pobierowo. Jego reportaże charakteryzują się życzliwą filozofią, opisują troski i radości zwykłego człowieka, choć nie da się nie zauważyć wyraźnie odciśniętego na nich piętna socrealizmu. Legitymację PZPR oddał dopiero pod koniec 1956 roku, kiedy to spalił dużą część swoich rękopisów. Zanim to jednak nastąpiło, Gil mocno wierzył w nowy ustrój. Wypowiedział się przeciwko szczecińskiemu Klubowi Literacko-Artystycznemu, zarzucając mu bezideowość, co spotkało się z ostrą repliką Karpowicza i w konsekwencji wywołaniem krótkiego, choć intensywnego wewnętrznego sporu o wizję przyszłego życia literackiego Szczecina. Gil współpracował z Polskim Radiem, „Głosem Szczecińskim”, „Ziemią i Morzem”, był członkiem Związku Literatów Polskich i kierownikiem Teatru Polskiego, kandydował nawet do Sejmu PRL. Po 1956 roku współpraca z ZLP przestała się układać, Gil coraz mniej publikował, rzadko odbywał spotkania w Klubie 13 Muz. W życiu prywatnym również przechodził kryzysy: finansowy, psychiczny i zdrowotny. Ostatni okres jego życia znaczą bieda w domu i groźba eksmisji, odgrażanie się poborcom siekierą, odnowiona kontuzja nogi i chodzenie o lasce, w końcu zawał serca, śmiertelny, 12 września 1960 roku. Maria Boniecka wspominała, że choć pogrzeb odbył się z przemówieniami i kwiatami, a prasa rozpisywała się w pożegnalnych artykułach, to Gila do trumny położono w pożyczonym garniturze, a wszelkie koszty pokryć musiała opieka społeczna. Opuszczony grób tego twórcy na Cmentarzu Centralnym po latach ocalili przed likwidacją szczecińscy pisarze. Cała zachowana spuścizna autora znajduje się w Książnicy Pomorskiej.

Książnica jest w posiadaniu wielu rękopisów i listów Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego – ikony szczecińskiego powojennego życia literackiego, który urósł do rangi legendy, choć z miastem związany był bardzo krótko. Latem 1948 roku (zaledwie miesiąc po zamieszkaniu w Szczecinie) poeta dostał rozległego zawału, najpierw trafił do szpitala przy ulicy Unii Lubelskiej, jednak po ponad roku zmagań ze skutkami choroby i częstych wyjazdów z miasta na rozmaite kuracje zdecydowano, że na dalsze leczenie i rekonwalescencję musi udać się do Warszawy. Wiele źródeł podaje, że Gałczyński opuścił Szczecin po zaledwie trzech miesiącach od przyjazdu. Prawdą jest jednak, że oficjalnie wyprowadził się dopiero w sierpniu 1949 roku. W stolicy pozostał już do końca życia. W czasie swojego niedługiego szczecińskiego epizodu Gałczyński mieszkał na Pogodnie (ulica Marii Skłodowskiej-Curie 17), a jego córka Kira chodziła do szkoły podstawowej przy ulicy Reymonta. Poeta cenił sobie Szczecin, napisał kilka uroczych wierszy o mieście i zwykł wypowiadać się o nim i jego mieszkańcach w romantyczno-apologetycznym tonie. Pisał:
[…] w sławnym portowym mieście Szczecinie spędziłem np. ostatnio z żoną i z Władkiem Broniewskim cały tydzień u wojewody Leonarda Borkowicza, który przy bliższym poznaniu okazał się również aniołem. Gdyby wojewoda szczeciński Leonard Borkowicz nie był aniołem, czyż moglibyśmy się czuć u niego jak w niebie? Angelologia. W Szczecinie zresztą wszystko jest skrzydlate: morski wiatr, morska myśl, a przede wszystkim nazwiska podopiecznych poetów wojewody: Jana Papugi i Franciszka Gila. Angelologia. [K.I. Gałczyński, Listy z fiołkiem, Warszawa 1989, s. 67]

Swoista szczecińskość Gałczyńskiego do dziś przewija się w różnorodnych testach czy wspomnieniach. Bez ustanku przypomina się o jego roli w utworzeniu Klubu 13 Muz (wraz z Jerzym Andrzejewskim i Heleną Kurcyusz), cytuje szczecińskie wiersze, przytacza anegdoty. Zasadne jest jednak zadanie pytanie o proporcje: na ile jego obecność w mieście realnie i długofalowo wiązała się z kulturalnym rozwojem Szczecina, na ile natomiast była tylko epizodem w bogatym życiorysie, miłym wątkiem pobocznym, który urósł do skali mitu bądź miejskiej legendy?

Podobną rolę w powojennej historii Szczecina odegrał Jerzy Andrzejewski. Autor Popiołu i diamentu przybył do miasta na stałe w podobnym momencie co Gałczyński. W domu przy ulicy Pogodnej 34 zagrzał miejsce na trzy lata. Był pierwszym prezesem tutejszego oddziału ZLP, jednak szczeciński okres życia nie był dla niego ani szczęśliwy, ani chwalebny. Wiązał się z bardzo silną identyfikacją z ideami marksistowskimi, co nie pociągało za sobą żadnej godnej uwagi pracy twórczej. Do tego doszły również kłopoty finansowe, problemy w życiu uczuciowym związane z biseksualnością pisarza oraz jego zaawansowana, destrukcyjna choroba alkoholowa, potęgowana przez funkcjonowanie w środowisku bohemy artystycznej. W liście do zaprzyjaźnionego Czesława Miłosza Andrzejewski pisał: „Willa wygodna, ośmiopokojowa, doskonale rozłożona i dość porządnie odnowiona. Spory poza tym ogród, zaraz za ogrodem duży las i jezioro. Koszta remontu opłaciło województwo, ale i tak ten dom pochłania pieniądze jak gąbka” [Cz. Miłosz, Zaraz po wojnie. Korespondencja z pisarzami 1945–1950, Kraków 2007, s. 92.]. Pisarz, choć wśród przyjaciół, otoczony pięknem domu i przyrody, nie czuł się w Szczecinie jak u siebie. Prześladowało go poczucie pustki i samotności. W 1952 roku został wybrany na posła. Do Warszawy wyjechał raczej bez żalu. Andrzejewski jest obok Gałczyńskiego najczęściej i najgłośniej wymienianym artystą związanym ze Szczecinem. Jego obecność bez wątpienia przyniosła miastu pewien splendor. Czy jednak szczecińska kultura zyskała na tym coś więcej, pozostaje kwestią otwartą.

Jednym z ostatnich literatów, przybyłym do Szczecina jeszcze w latach 40., był Edmund Osmańczyk – publicysta i polityk, autor m.in. monumentalnej Encyklopedii ONZ i stosunków międzynarodowych. Od końca 1948 do końca 1952 roku mieszkał przy ulicy Jaworowej 34. Później wyjechał do Warszawy z tego samego powodu co Andrzejewski – został posłem na Sejm PRL I kadencji. W przeciwieństwie jednak do autora Popiołu i diamentu, wyjazd go nie cieszył, chciał bowiem zostać w Szczecinie na stałe i związać się z miastem zawodowo. Pobyt nad Odrą zbiegł się w czasie z jego pracą korespondenta zagranicznego Polskiego Radia, co przyczyniało się do częstych podróży i nieobecności w mieście. Długo pełnił funkcję opiekuna Koła Młodych przy oddziale Związku Literatów Polskich, edukował, wspierał i promował młode talenty, a to zacięcie pedagogiczne zaowocowało w późniejszych latach uzyskaniem przez niego stopnia doktora w opolskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej. Lata 80. połączyły go jeszcze na chwilę z Pomorzem. W czasie rewolucji solidarnościowej został członkiem Nadzwyczajnej Komisji do Kontroli

Realizacji Porozumień z NSZZ „Solidarność” w Szczecinie, Gdańsku i Jastrzębiu-Zdroju.

Sielanka szczecińskiej komuny literackiej nie trwała długo. Woroszylski wspominał:

Wszyscy mieliśmy z czasem porzucić nasz Disneyland, […] ale tymczasem stanowiliśmy grono dziwnych azylantów, z jednej strony żarliwie eksponujących swój komunizm, z drugiej – żyjących w znacznym oderwaniu od jego powszednich praw i realiów, a więc przede wszystkim bez przytłoczenia najbardziej gnębiącą ludzi w tym ustroju kwestią mieszkaniową, a ponadto w ogóle bez „ścieśnienia”, na luzie, we własnym środowisku, oddając się literaturze, muzyce, życiu rodzinnemu, świętowaniu, dysputowaniu [W. Woroszylski, Imiennik, „Kultura” 1986, nr 1–2, s. 76].

W styczniu 1949 roku odbył się w Szczecinie IV Walny Zjazd Związku Literatów Polskich, na którym oficjalnie zadekretowano socrealizm. Na szkodę dla miasta Szczecin z tego powodu przez wiele kolejnych lat kojarzył się przede wszystkim z twórczością partyjną. Dość swobodne do tej pory życie literackie skupione wokół tygodnika „Szczecin”, spółdzielni wydawniczej „Polskie Pismo i Książka” oraz Klubu Literacko-Artystycznego (przekształconego później w Klub 13 Muz) stało się sterowane i podporządkowane regułom państwa totalitarnego. Nasilał się proces dekonstrukcji pierwszego powojennego środowiska artystycznego Szczecina. W pierwszej połowie lat 50. z miasta wyjechała większość uznanych autorów. Stopniowo napływali jednak inni, m.in. Katarzyna Suchodolska, Nina Rydzewska, Helena Raszka, Ireneusz Gwidon Kamiński, Ryszard Liskowacki, Ireneusz Szmidt. To oni, wraz z poczatkującą młodzieżą, po 1956 roku ukształtowali na nowo literacki Szczecin. Ale to już inna historia.

Iga Ranoszek-Bieńkowska