Szukamy wciąż sposobu dotarcia do rzeczywistych nastrojów towarzyszących społeczeństwu polskiemu w marcu 1968 r. Jest to tak istotne, ponieważ czas ten jest w wielu przypadkach naszym wyrzutem sumienia. Nie rozumiemy tego co się wówczas wydarzyło, a próby wytłumaczenia skomplikowanych zjawisk przykrywamy

niechęcią. Postawa obronna jest w przypadku wydarzeń marcowych bardzo charakterystyczna. Bo niemal wszystko kłóci się w tym momencie z tak donośnie i powszechnie deklarowanym dziś antykomunizmem i nie ważne, że jest to najczęściej antykomunizm ostatniej minuty. Wspomnienie Marca wywołuje „kaca”, po wielomiesięcznym zanurzeniu w tym, co brudne i podłe, a przede wszystkim niskie. Oburzamy się częstokroć słysząc głosy zarzucające polskiemu społeczeństwu antysemityzm. „My, antysemitami? Wolne żarty. Ten problem nas nie dotyczy, jest czymś sztucznie rozdmuchanym.” - to charakterystyczne głosy, które posłyszeć można nie tylko na przystankach tramwajowych, ale, co gorsza, również w dyskusjach publicznych. Nie mamy też, jak nam się zdaje, żadnych uprzedzeń antyinteligenckich, choć może lepiej, aby „gryzipiórki” i studenci siedzieli cicho, nie wtykając nosa w to, co istotne. A przecież na tych dwóch filarach - antysemityzmu i antyinteligenckości - wspierała się taktyka partii w 1968 r., w ataku swym odwołując się do spraw wydawałoby się zapoznanych. Dlatego Mieczysław Moczar, ówczesny minister spraw wewnętrznych i przywódca wewnątrzpartyjnej grupy „partyzantów”, z taką łatwością grać będzie kartą „antysyjonistyczną”, dlatego też inni jeszcze posłużą się zgranymi, jak się zdawało, kartami w przypadku dejmkowskich „Dziadów”.

Reakcje społeczne i klimat, jaki towarzyszył wydarzeniom marcowym, poznać możemy w jakimś stopniu dzięki pisanym w tamtych dniach listom. Korespondencja, w którą zechcemy tu wejrzeć nie jest jednak zbiorem zwyczajnym. Składają się na nią bowiem listy, które z różnych powodów zainteresowały Służbę Bezpieczeństwa. Użycie tego specyficznego materiału źródłowego wymaga jednakowoż dwóch wyjaśnień – technicznego i etycznego. W pierwszym przypadku wiedzieć powinniśmy, że w ramach działalności tajnej policji na poziomie centrali stworzone zostało Biuro „W”, zajmujące się wyłącznie perlustracją, a więc przeglądaniem cudzej korespondencji. W założeniach była to komórka mająca wspomagać toczące się śledztwa, w rzeczywistości jednak czytanie listów odbywało się przez cały czas, niezależnie od tego, czy zachodziło podejrzenie przestępstwa. W ramach struktur wojewódzkich perlustracją zajmowały się wydziały „W”, a ich liczebność kadrowa zależna była przede wszystkim od zaludnienia danego województwa. Jak wynika z badań prowadzonych przez Pawła Piotrowskiego z wrocławskiego oddziału IPN, na terenie województwa szczecińskiego w opisywanym tu okresie przeglądem tego, co szczecinianie piszą, jak również i tego, co otrzymują za pośrednictwem poczty, zajmowało się kilkanaście osób, pracujących w systemie trójzmianowym. Obligatoryjnie czytano korespondencję zagraniczną i tę, która dotyczyła osób lub grup uznanych za „element podejrzany”. Dodatkowo z każdej partii korespondencji, losowo wybierano ok. 20 procent listów poza jakimikolwiek podejrzeniami. Jeśli treść któregoś z tych listów wzbudziła zaniepokojenie funkcjonariuszy był on fotografowany, a w przypadkach skrajnych korespondencję konfiskowano. Plonem tej szczególnej lektury były skrupulatne notatki informacyjne, zwierające obok danych statystycznych również obszerne fragmenty listów. Tyle wyjaśnień technicznych.

Druga kwestia wydaje się dalece istotniejsza i wiąże się z dyskomfortem, jaki odczuwać można w zetknięciu z opisywanym materiałem. Czytanie cudzych listów jest w naszej kulturze czymś niedopuszczalnym. Tajność korespondencji jest zagwarantowana prawem, ale wielkie znaczenie odgrywa tu też dobry obyczaj. Mając świadomość tego, że już raz - 40 lat temu - gwałtu na tej korespondencji dokonało państwo policyjne, czujemy, że ingerujemy w prywatność listów po raz wtóry. Spróbujmy odnieść się zatem do tego materiału bez złych intencji, ująć go jak najbardziej anonimowo i opowiedzieć o szczecińskim marcu 1968 r. nie przez pryzmat „ja” autorskiego osób pod listami się podpisujących, ale owo zindywidualizowane „ja” zmienić na tyle, na ile jest to możliwie, w „ja” społeczne. Krótko mówiąc, spróbujmy skupić się na generaliach, na całościowym obrazie szczecińskiej zbiorowości i jej stosunku wobec wydarzeń marcowych, które po lekturze kilkudziesięciu listów dadzą się przynajmniej do pewnego stopnia odtworzyć.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to rozdyskutowanie społeczeństwa. Dyskutują przy tym niemal wszyscy – uczniowie, studenci, robotnicy, inteligencja. Jasne, że w znacznej mierze jest to wynikiem pewnej selekcji materiału. Pracownicy wydziału „W” odnotowywali przecież to, co wzbudzało ich zainteresowanie czy niepokój. Nie znaczy to wcale, że reprezentatywność tego materiału należy radykalnie umniejszyć. Bo mamy w tych listach nie tylko przejawy dezaprobaty dla działań władzy, ale też mnóstwo takich, których autorzy nie odnoszą się do zastanej rzeczywistości w sposób krytyczny. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że tych drugich jest więcej. Uderzająca jest na pewno szczerość czy otwartość, z jaką ludzie wyrażają swe poglądy. Bez żadnego filtra piszą o sprawach, które, jak można by przypuszczać, nie mogłyby zostać wypowiedziane na ulicy czy w urzędach. Choć świadomość istnienia tajnej policji w wielu miejscach się pojawia, to nie pociąga to za sobą jakichkolwiek odruchów maskujących. Historyk zaciera w tym momencie ręce, ponieważ otrzymuje źródło nieskażone autocenzuralnymi zabiegami. Krótko mówiąc - społeczeństwo mówi własnym głosem. A dowiedzieć się od niego można naprawdę wiele. Listy bowiem chwytają nie tylko nastrój, ale przynoszą mnóstwo mniej lub bardziej istotnych faktów, co przy naszej nadal skromnej wiedzy o szczecińskim roku 1968 ma znaczenie kapitalne.

W pierwszych dniach marcowego protestu w centrum zainteresowania piszących listy znajdziemy przede wszystkim zdarzenia warszawskie. Korespondenci są szczerze zaciekawieni tym, co tam się stało. Narzekają na blokadę informacyjną i brak wiarygodnych informacji. Z równą rezerwą odnoszą się do tego, co pisze prasa, jak i do tego co usłyszeć można na falach Radia Wolna Europa. „W Warszawie kotłowanina, a nas środki informacji państwowej słabo informują” – pisał jeden ze szczecińskich studentów, a jego koleżanka w korespondencji do rodziny zamieszkującej w Wielkopolsce stwierdzała: „Wolna Europa” o mało się nie udławi, podając często fałszywe fakty opatrzone jadowitym komentarzem”. Fragmenty te dobrze oddają „medialny” wymiar wydarzeń marcowych i informacyjną wojnę, jaka toczyła się między tym co oficjalne a tym, co zakazane. Niemożność poznania całej prawdy o zamieszkach w stolicy i ich rzeczywistym podłożu rodziła z kolei niepokój o osoby mogące wplątać się w niezrozumiałą sytuację. W tej kategorii mamy wiele listów, w których rodzice na różne sposoby przestrzegają swoje dzieci studiujące w Warszawie: „Nie zaplącz się czasem w te rozróbki studenckie – po co ci to. Obawiam się, że rozrabiają ci, którzy nigdy do teatru nie chodzili, a lubią sensację. Mama jest oburzona. Mówi, że właśnie studenci, którzy tyle od państwa dostają, nie umieją tego docenić”. List ten jest o tyle ciekawy, że oprócz rodzicielskiego lęku odnajdziemy w nim „wymiar klasowy”, tak charakterystyczny dla wielu wypowiedzi spotykanych w tamtych dniach. Marzec będzie w tym ujęciu konfrontacją „biednych” i „bogatych”, albo rzecz dostosowując do realiów epoki siermiężnego gomułkowskiego socjalizmu  – tych, którym jakoś tam się „powiodło” i tych, którym wciąż się dostawało. Protest warszawskiej młodzieży postrzegany będzie najczęściej jak fanaberia – stać będzie za nim „rozwydrzona hołota”, „niewdzięczna młodzież, której jest za dobrze”, „podżegacze wojenni” i „chuligani”, ale przede wszystkim Żydzi. Ci ostatni postrzegani zresztą będą jako naturalny rozsadnik buntu, co widać w poniższym fragmencie: „Ekscesy hołoty w Warszawie – obawiam się, czy nie przeniosą się na teren Szczecina, a tu Izraelitów dość”. I rzeczywiście, w momencie kiedy marcowy bunt nabiera dynamiki i staje się sprawa ogólnopolską zaniepokojenie korespondentów wzrasta. To zresztą znakomicie współgra z toczącą się wówczas kampanią propagandową, w trakcie której twarz „syjonisty” stanie się coraz bardziej widoczna. Znakomitym tego przykładem będzie list robotnicy z Drezdenka, piszącej do swej córki studiującej w Szczecinie: „Zosiu, co by było, ty nie bierz udziału w tych manifestacjach, bo ty już dość zdrowiem okupiłaś swoje przyjęcie na studia. Bogatym w głowach się poprzewracało, a te syjoniści jak im się nie podoba, to niech fruwają do swojej ojczyzny. Pamiętasz jak ten Zychman mnie krzywdził i dziadka też. Gdyby te dranie biedy zaznali, to by nie wariowali, bidnych podburzają, a potem biednego za pysk wywalą ze szkoły, a oni w innej szkole po znajomości się ulokują”.

Analizowane listy ułożone w ciąg chronologiczny, pozwalają dokładnie prześledzić dynamikę szczecińskiego buntu i reakcji przeciw niemu skierowanej. W oczy rzuca się na pewno silne zaangażowanie studentów i uczniów szkół średnich, dla których wiec studencki czy starcie z milicją jest często pierwszym poważnym zetknięciem się z polityką i agresją władzy. Stąd tak wiele ekscytacji tym, co nie naokoło dzieje. Korespondencja przesycona jest fascynacją rozprężeniem jakie nastało w życiu akademickim - wiecami, możliwością publicznego wyartykułowania swoich racji czy pretensji wobec władz uczelnianych, z drugiej strony pełno w listach oburzenia na stosowanie przeciwko demonstrantom pałek, gazów łzawiących i biciu bez powodu, wszystkich tych którzy nawinęli się pod rękę. W ostatnim przypadku mamy do czynienia z licznymi opisami walk ulicznych, do których doszło w Szczecinie 14 marca. Ciekawe jednak, że obraz zbuntowanego środowiska szczecińskich studentów, który się z korespondencji wyłania nie jest identyczny – rozstrzał w opisie i przeżyciach jest znaczny. Oto w jednym z listów znajdziemy taką relację: „Po zajściach jakie były w Warszawie w Szczecinie jest prawie to samo. Milicja ma pełne ręce roboty. Odbywają się demonstracje, wiece protestacyjne, wszyscy tzn. cała młodzież popiera studentów warszawskich. Centrum miasta jest zatłoczone przez młodzież i starszych. Przed akademikiem dzień i noc milicja trzyma wartę. Wszystko jest w ostrym pogotowiu, co chwila rozlega cię huk petard i słychać hasła antyrządowe”. Czytając te fragmenty dojść można do wniosku, że szczeciński bunt miał charakter masowy, że całe miasto było w nim zanurzone. Na drugim biegunie znajdziemy taki, doprawdy zabawny, opis szczecińskiego protestu: „Cały czas żyłem teraz demonstracjami w Warszawie. Właściwie to byliśmy zdezorientowani, nie było wiadomo nic pewnego. Ale, gdy ktoś powiedział, że w Szczecinie też ma być demonstracja pod PDT, pierwsi polecieliśmy demonstrować. Wzięliśmy ze sobą zepsute jaja i demonstrowaliśmy we czterech chyba z 15 minut i szukaliśmy okazji do wyrzucenia tych jaj, ale nikt nas nie rozpędzał więc przywieźliśmy je z powrotem. Sterczeliśmy pod PDT-em parę minut, aż zrobiło się zimno i poszliśmy do domu. Tylko jeden zapalony demonstrant stał jeszcze na placu pół godziny, ale i jego zmogło. I tak skończyła się chyba jedyna w tym okresie demonstracja w Szczecinie”. Obie relacje, zawarte w przytoczonych wyimkach, są dalekie od prawdy. Ta, jak to zwykle z prawdą (szczególnie historyczną) bywa, leży gdzieś po środku.

Interesująco rysuje się w omawianych listach stosunek do władzy. Zwróćmy uwagę tylko na te, które odnoszą się do słynnego przemówienia Władysława Gomułki z 19 marca. Zasłuchani w to, co powiedział I sekretarz KC PZPR byli niemal wszyscy, niemal powszechna była też aprobata dla przedstawionej w wystąpieniu interpretacji zdarzeń. „Pytasz, co sądzę o przemówieniu »Wiesia«? Zupełnie dobre w tej chwili. (…) Podobały mi się szczególnie fragmenty dotyczące ludności żydowskiego pochodzenia” - pisał mężczyzna, którego profil zawodowy określony został przez SB jako inteligent. W innym liście, tym razem robotnicy, natkniemy się z kolei na ciekawy fragment wyrażający współczucie dla trudów, jakie znosić musiał partyjny przywódca: „Gomułka mówił fest, aż mi go żal było, że tak męczył się, 2 godziny głośno mówić – to daj spokój, nie dałabym rady. Zdemaskował wszystkich podleców - a ten Jasienica to ober-bandyta”. Otóż to, przemówienie towarzysza Wiesława było dla większości piszących istotne dlatego, że wprowadzało zagubiony w ostatnich tygodniach ład. Czytając korespondencję odnieść można wrażenie, że szczecinianie byli przez ten czas kompletnie zdezorientowani - coś się dokoła nich działo, ale ani przyczyn tego zamieszania nie znali, ani niewiele z niego potrafili pojąć. W końcu jednak, głosem najważniejszego człowieka w państwie, wskazano dobitnie winnych wszelkiego zła. Okazali się nimi intelektualiści pokroju Pawła Jasienicy czy Jerzego Andrzejewskiego oraz Żydzi. Roma locuta, causa finita, rzecz by można, ale wystąpienie Gomułki w Sali Kongresowej nie wyciszyło od razu atmosfery marcowego rozgadania, a w przypadku enuncjacji antysemickich mamy do czynienia wręcz z ich nasileniem.

Tych wypowiedzi jest w listach naprawdę mnóstwo. O ile w okresie przed 19 marca opatrzone są z reguły pewną niepewnością, nie zmniejszającą przy tym ich negatywnego wobec Żydów wydźwięku – „(…) jeśli naprawdę przywódcami byli Żydzi, to już w ogóle potępiam uczestników, bo równie sprzedajnego narodu na świecie nie ma, a ostatecznie większość odpowiedzialnych stanowisk w kraju zajmują właśnie oni” – to po tej dacie nienawiść jest artykułowana wprost. Odbywa się to niezależnie od wieku i statusu zawodowego. „Nie jestem antysemitką, ale w Rządzie Polskim wolałabym widzieć samych Polaków. Myślę więc, że hasło »oczyścić partię z syjonistów« jest całkiem słuszne.” - pisała szczecińska licealistka do swego kolegi w Lublinie, a jej starsza, studiująca już koleżanka, wyraźnie akceptująca postępowanie władz, informowała swoich rodziców, że w wypadkach szczecińskich „niemałą rolę odegrali w tym wszystkim Żydzi-syjoniści, którzy już w czasie czerwcowej wojny zaczęli podnosić głowy. Teraz przynajmniej ich pousuwają z rządu i zajmą się bardziej pracą wychowawczą wśród studentów”. Najdrastyczniejszy w swojej wymowie jest jednak list szczecińskiej emerytki, która dzieliła się ze swoim znajomym w Grudziądzu następującymi spostrzeżeniami: „Teraz mamy dużo nowości w świecie politycznym – codziennie po dzienniku klaruje się i naświetla te sprawy prof. Kąkol. Teraz dopiero widzimy jak te parszaki odżyły na polskim chlebie i łby podnoszą – podkradło się to chałajstwo pod nazwiska polskie (…). Cybuchy śmierdzące – jeżeli chcą być Żydami syjonistami, to dlaczego wstydzą się swoich żydowskich nazwisk? Jestem tak na nich oburzona – ale nasz Tow. Wiesław da sobie z nimi radę – on bez pardonu weźmie ich za łeb – kopa w d… i poszedł – na wilczy paszport – już dość nassali się naszej krwi, won do Izraela na mydło dla Arabów, taki powinien być ich koniec”. Znalezienie równoważnika dla tej wypowiedzi jest w analizowanych listach niezwykle trudne. Mamy właściwie tylko jeden przypadek, w którym natkniemy się na zawoalowany wyraz potępienia antysemickiej nagonki i pewien rodzaj empatii wobec Żydów. W liście tym student opisuje swoje wrażenia z wycieczki do Auschwitz. Jego wyjątkowość wiele mówi o tym, na jak czułej nucie zagrała w 1968 roku partia komunistyczna.

W listach gromadzonych przez tajną policję znajdujemy ciekawy obraz wplątania szczecińskiego społeczeństwa w marcowy kryzys. Widzimy jego dezorientację, lęki i fobie, stanowiące w jakimś stopniu efekt uboczny gomułkowskiej „małej stabilizacji”. Ale w listach z tamtego okresu znaleźć też możemy przejawy szczerego sprzeciwu wobec kłamstw i przemocy, w czym przodują młodzi ludzie. Zadumać się jednocześnie można, nad trwałością zjawisk wówczas obserwowalnych. Klisze marcowe okazały się w niektórych przypadkach trwalsze niż system komunistyczny. Bo ich źródło tkwi w nas znacznie głębiej.

 

oprac. Eryk Krasucki